.

.
Fot. FotoMaraton.pl

niedziela, 9 grudnia 2018

Podsumowanie roku 2018.

Grudzień to dobry czas na podsumowanie roku, a że mój startowo - biegowy dobiegł już końca to tym bardziej. ;)

Nie zapowiadało się, ale ten rok przyniósł wiele pozytywnego, wiele dobrego w przełamywaniu siebie, swoich granic, lęków, osiągania "niemożliwego", ale też nauki odpuszczania i tego, że nie zawsze da się osiągnąć cel w założonym momencie.

Wiele dobrego było związane z wyjazdami Morsowymi, czy nawet biegowymi. Wyjeżdżasz na weekend i resetujesz się tak, że potem przez kilka dni nie umiesz się odnaleźć w życiu codziennym. Dobrze jest tak ładować te większe akumulatory życiowe. Wspomnienia wystarczają na długo i miło do nich wracać.
***

Rok 2018 rozpoczęty wyjazdem nad morze, jednodniowa wycieczka do Stegny tylko po to by wykąpać się w Bałtyku. >>Stegna 2018<<



***
W lutym poleciałam na weekend do Norwegii.
Panicznie boję się latać samolotem, ale chęć zrealizowania marzenia jakim było odwiedzenie Norwegii było silniejsze niż strach. 1,5h lotu jakoś przebrnęłam w jedną i drugą stronę, choć łatwo nie było to z pewnością było warto!  >>Norwegia<<



***

W połowie marca wybrałam się na weekendową przygodę w Karkonosze.
Nocowanie w schroniskach górskich i wędrowanie od jednego do drugiego by na koniec wykąpać się w górskim (zamarzniętym) wodospadzie Przesieka.
Przygoda życia, wędrowanie w śnieżycy, przy odczuwalnych -30st, gdy zdołasz wyciągnąć proteinowego batonika a okazuje się, że jest zamarznięty. Gdy na zboczu góry wieje tak, że musisz kucnąć, zaprzeć się kijkami i poczekać aż podmuch wiatru ustanie, bo już masz wizję jak wiatr Cię porywa... Zastanawiasz się czy sobie poradzisz i radzisz sobie bardzo dobrze. Jak było? SUPER!
W poniedziałek rano budzisz się i... że już, powrót do codzienności? >>Karkonosze<<




***

W kwietniu pierwszy mój bieg wyjazdowy. Sztafeta Maratońska przy Maratonie w Gdańsku. 

Zebrałam swoją 4 osobową drużynę i pojechaliśmy na weekend nad morze. W teamie w którym biegałam, zebrało się więcej osób, więc było fajniej, 2 osoby pobiegły maraton. Czym byłby wyjazd bez kąpieli, więc były i kąpiele i bieganie. Biegu swojego nie wspominam zbyt dobrze, ostatnie 6km do mety w mojej zmianie były dość wymagające w ilości podbiegów w wiejącego wiatru, ale jakoś do mety dobiegłam. ;)  >>Sztafeta 4.Gdańsk Maraton<<


***

W połowie kwietnia podjęłam też ostateczną ważną dla siebie decyzję, ponieważ zrezygnowałam z członkostwa w Stowarzyszeniu Rembertów Team. Trudna to była decyzja, ale czasem się przelewa i ma się dość. Będąc w czymś nie umiałam się nie angażować, a z drugiej strony nie da się robić wszystkiego samemu i przy okazji słuchać narzekań czy wiecznego krytykowania. Ciężko było zrezygnować z czegoś co się dobrze wspomina zanim powstało stowarzyszenie, ale własny komfort psychiczny też jest bardzo ważny. Sentyment do "starego" i dawnych czasów pozostał. Przez jakiś czas biegałam jeszcze w koszulce teamowej, ale co nowsze nabytki sprawiły, że to nie warte i lepiej koszulkę odłożyć do "historii". W listopadzie miał być wyjątek i miałam pobiec z RT w biegu Niepodległości z 13metrową flagą, tempo miało i musiało być dostosowane do najwolniejszego uczestnika, ale niestety w drodze na bieg od jednej z osób - może nieświadomej, że biegam sporo wolniej od niej i, że miałam pobiec z tą flagą - nasłuchałam się sporo narzekań na planowane wolne tempo. Było mi przykro i ostatecznie zrezygnowałam i z biegu z tą flagą i z koszulki RT. Kiedyś było inaczej, bardziej zgrane towarzystwo i wolę te czasy mieć w pamięci. :)

***

W połowie czerwca wybiegałam nową życiówkę na 5km, choć nie osiągnęłam wtedy swojego biegowego celu, to zawsze bliżej do złamania swojej granicy niż dalej. W końcu miałam jeszcze pół rok na wykonanie celu.

***

Pod koniec lipca wybrałam się w góry. 2 tygodnie urlopu by aktywnie spędzić czas. Z pewnością siłownia nie poszła na marne. Na czas wyjazdu miałam też wykupioną polisę ubezpieczeniową, bo wiedziałam, że czeka mnie wypad w góry na Słowacji, poza tym miałam też kartę EKUZ. (W tym roku korzystałam z jednego i drugiego, więc bardzo cieszę się, że obydwie rzeczy miałam).
Uwielbiam góry. Te widoki, gdy już wejdziesz na szczyt, czy nawet świadomość tego, że dałam radę.
Swego czasu miałam spory lęk wysokości, w górach przestał mi się udzielać. Wdrapałam sięna górę, na którą obstawiałam, że nie wejdę. Kościelec wymagał ode mnie sporo wysiłku, trudna to góra, wymagająca, ale weszłam. Zejście wcale nie było łatwiejsze, bo w jednym momencie się zablokowałam i myślałam, że już nie zejdę, ale kilka głębokich wdechów i jakoś bezpiecznie ześlizgnęłam się ze skały.  >>Tatry 2018<< 


***

We wrześniu byłam zapisana na kilka biegów, a także byłam przygotowana na to by osiągnąć swój biegowy cel, niestety życie nie zawsze układa się tak jak chcemy i zamiast życiówki była złość z rezygnacji z biegów. Zdrowie nie pozwoliło. Cały plan legł w gruzach, zero biegania, zero siłowni. Potem skurczył mi się wolny czas, bo znalazłam pracę, więc... biegowy cel przeszedł na kolejny rok.
W lipcu miałam tez mieć debiut w biegu górskim, ale splot zdarzeń spowodował, że musiałam zrezygnować z biegu, drugim podejściem był bieg we wrześniu, jednak na szczęście go nie zdążyłam opłacić, w zamian pobiegłam w rodzinnym mieście - w Zielonogórskiej Ćwiartce

***
Jakie plany na nowy rok? Zaplanowana przygoda w tle z tym czego się panicznie boję. ;) Z siłowni rezygnować nie zamierzam, bo i tu sobie coś postanowiłam, a z biegiem rozważam ogarnięcie porządnego planu treningowego, bo z biegami startowymi celuję w niedziele niehandlowe. Niestety okazuje się, że póki co te fajniejsze biegi są... w soboty. ;)



________________________________________________



W tym roku, całkiem niedawno pojawił mi się też nowy tatuaż.
Góry, Tatry, pasmo górskie na którym widoczny jest Kościelec.
I tak doskonale pasujący do tego cytat, w sumie dobry na podsumowanie mijającego roku:

"Kiedy na początku wspinaczki człowiek stoi przed szczytem 
i patrzy na potężną górę, czuje się przytłoczony. 
Kiedy patrzy na tą samą górę już po zejściu - jest dumny 
i ma wrażenie, że może osiągnąć wszystko." 

(M.Wojciechowska)



poniedziałek, 15 października 2018

Runbertów (13.10.2018)


Pierwszy Runbertów kilka lat temu (2014) - w początkach mojego dreptania osiągnął 40 min 39s na 5km, rok później kolejny Runbertów i czas 34min 05s, jest postęp, ale i znienawidziłam trasę tego biegu.
Dlaczego?
Moim zdaniem za dużo razy przebiegłam ją treningowo i mi zbrzydła. Albo może po prostu trasa mi nie podeszła, dlatego rok temu zamiast na bieg zgłosiłam się do pomocy - wolontariatu przy obsłudze trasy, wtedy moim zadaniem była koordynacja grupą wolontariuszy i przydzieleniu ich na odpowiednie punkty na trasie, by pilnowali aby nikt na trasę nie wjechał. Wtedy było tak: >Runbertów 2017<

Nie wiem co mnie skusiło aby się zapisać w tym roku na bieg, chyba żeby coś (koszulkę) z tego biegu mieć nawet jak nie pobiegnę bo będę pracowała albo pomagała w organizacji. W efekcie końcowym sobota była dla mnie wolna, więc zgłosiłam chęć pomocy gdyby coś.
Tydzień poprzedzający sobotę był dla mnie dość pracowity, w piątek zakończyłam pracę po 10h i pojechałam na chwilę do biura zawodów, ale podobno moje zmęczenie rzucało się w oczy. :D
Zgarnęłam swój pakiet startowy i w końcu poszłam do domu. Widziałam też medal - w tym roku trafił się ładny i fajny.

W sobotę rano niezbyt chętnie wstałam, ale jak się już zobowiązałam do pomocy to co mi pozostało. ;) W biurze zawodów pomagałam w tym samym co rok temu, ale pomagałam w godzinach 9-11:30, potem zostałam odesłana na pobiegnięcie. :D Bieg startował o 12:15. 


Nie chciało mi się tego biec, nie miałam na to weny i energii by biec, uznałam, że jak się zamknę w 34 min. to będzie ok.
Start punktualny i wszyscy startowali razem, a to oznacza tylko jedno - za szybkie tempo na pierwszym kilometrze, a potem łatwo zaliczyć "odcięcie".
I zaliczyłam takowe na 2 km. Znajomy, który ze mną biegł - odesłałam go by biegł dalej i koniec kropka, a ja do 3km zastanawiałam się czy mi się chce dalej w ogóle biec czy już pomaszerować do mety.
Ostatecznie zebrałam się w sobie, "zresetowałam" i pobiegłam dalej już w swoim własnym, wolnym tempie z hasłem "byle do mety".
Jak na październik było też dość ciepło, właściwie to czułam się jakbym biegła w +30st.

Fot. Marian Gawlikowski 


Tuż przed metą stała garstka kibicujących znajomych, ktoś coś krzyknął (ale nie wiem kto i co) więc jakoś mi się znacząco przyspieszyło na ostatnich metrach, aż mi maksymalne tempo wskoczyło 04:45 min/km.

Fot. Magda Bielec


Do mety dopełzłam z czasem 32:54, więc kolejny Runbertów z postępem czasowym. ;)


Z Kasią i Arkiem. 


Medal do kolekcji, i chyba wskoczyło mi 80 ukończonych biegów. Teraz już tak nie szaleję w biegami ;), bo praca - więc celuję w wolne niedziele, chociaż na razie i tak jestem zapisana tylko na bieg 11 listopada.