.

.
Fot. FotoMaraton.pl

niedziela, 6 października 2019

Zielonogórska Ćwiartka 5.10.2019

Gdy rok temu biegłam w tej imprezie, koniecznie chciałam za rok. Choć trasa wtedy dała mi popalić, bo nogi przyzwyczajone po płaskim. Gdy ruszyły zapisy to od razu bieg opłaciłam. Miałam potrenować po drodze, ale wiadomo jak to z takimi planami bywa. :D

Ćwiartka Zielonogórska przy Półmaratonie.Wzięłam udział w aż jednym treningu trasą biegu (ćwiartka to jedna pętla), potem ciągnęło się za mną przeziębienie.
Zaczęłam też nową pracę, która jest stojąca, więc i moja powypadkowa stopa przypomina o sobie.

Bieg startował o 20:00 a ja zgłosiłam się do wolontariatu od 15:00. 



Zimno, cały dzień lało, mokro i ślisko.
W biurze zawodów pogadałam z jednymi i drugimi, popytałam o namiary na jakiegoś dobrego fizjoterapeutę - trzeba będzie się wybrać na ugniatanie tego co spięte. Pogadałam o biegach w Lubuskim - myślałam, że jest tego tutaj mniej, a okazuje się, że całkiem sporo. Tylko to takie kameralne biegi, a ja przyzwyczajona do Warszawskich masówek. :P

Na godzinę przed startem nastąpił dylemat - w czym biec, bo wiadomo, że będzie cieplej, ale duża wilgotność wzmaga odczucie chłodu.

Na starcie wykonałam rozgrzewkę i ustawiłam się przy pacerach prowadzących półmaraton na 2:15, uznałam, że tylko dzięki temu jakoś doturlam się do mety.

Po starcie deszcz ustał, ale nawierzchnia była śliska, więc jakoś inaczej stawiałam stopy, chyba szybko spięły mi się mięśnie łydek. Na początku biegu wdepnęłam też w dziurę w jezdni, co w dalszym biegu nie było korzystne.
Na zegarek nie patrzyłam, trzymałam się blisko Grzegorza i Darka. Nie walczyłam z kolką, zaczęłam walczyć z bólem nóg. Obmyśliłam, że dobiegnę z nimi do 5km, a potem dam sobie spokój z takim biegiem. Ostatecznie z tą grupą dociągnęłam do 8km, a potem moje nogi opuściły wszystkie siły.
Bolały mnie łydki i inne jakieś mięśnie, których nazwy nie znam, tak ciągnęły, że myślałam iż do mety się nie doturlam, dodatkowo coś mi się we flakach przewracało, więc tym bardziej nie był to komfortowy bieg.
Trochę biegłam, trochę szłam, i już zniechęcona ale ostatecznie doturlałam się do mety!



Na mecie woda, pomarańcza, banan i batonik wszystko od razu zjadłam.
Szybko też zrobiło mi się zimno, po drodze do biura zawodów był posiłek, ciepła zupa była idealna.

Podsumowując: poszło mi na tej trasie lepiej niż rok temu!
Jestem zaskoczona, że udało mi się bieg w takim tempie przez 8km.
Za rok muszę się poprawić. :D



Za to niedziela po biegu też lekka nie jest, bo nadal bolą mnie nogi, czuję się gorzej niż po półmaratonie, po schodach mi ciężko wchodzić i schodzić. :D

Wcześniej mówiłam sobie, że po tej ćwiartce już się na nic nie zapisuję i nie biegam. Spoko, 2 dni przed ćwiartką zapisałam się na charytatywny Bieg Jeża, ale na szczęście tylko 3km.

środa, 28 sierpnia 2019

Tatry (18-25.08.2019)

Praca pochłonęła człowieka i wszystkie jego zapasy energetyczne, ale w końcu nadszedł wyczekiwany urlop.
Tygodniowy pobyt w Murzasichle.
Kiedyś nie wyobrażałam sobie, bym pojechała sama w góry i sama bym miała po nich chodzić.
Pojechałam, choć przypuszczałam, że w góry nie wyjdę, ale chociaż na góry popatrzę.
Ktoś polecił mi szlak z Morskiego Oka na Wrota Chałubińskiego, to skorzystałam już dzień po przyjeździe.

19 sierpnia prognozy pokazywały piękną pogodę, i taka też od rana była, więc nie mogłam nie skorzystać. Pojechałam pierwszymi busami i o 7:20 znalazłam się na parkingu Palenicy Białczańskiej. Było dość... rześko. Zimno było, ale miałam długie spodnie i bluzę. Ludzi już sporo, choć przy wodogrzmotach już ilość zaczęła się przerzedzać.
Nie wzięłam też kijków, bo uznałam, że wyżej niż Morskie Oko nie wejdę.
Nie śpieszyło mi się, ale tym asfaltem nawet mi się dobrze szło, więc korzystałam z tego. Nad Morskie Oko zawitałam po 1h35min marszu (7,5 km bo się skusiłam na skróty).
Tam chwila odpoczynku, jedzenie i... ruszyłam na szlak na Szpiglasową Przełęcz. 



Przepiękny szlak! Szłam co prawda w słońcu całą drogę, ale szlak bardzo widokowy.
Na Mnicha nie szło się napatrzeć.


Podziwiając widoki, miewając chwile zwątpienia czy dam radę, ale dreptałam dalej. W końcu dotarłam do drogowskazu, który dawał wybór: szlak na Wrota czy na Szpiglasową Przełecz.
Chciałam pójść tam gdzie mnie ludzi, więc poszłam kawałek na Wrota, ale tak mocno zawiało iż uznałam, że to znak by jednak wybrać to drugie.



Po nieco dłuższym odpoczynku i posileniu się kanapką ruszyłam w dalszą drogę.
Było ciężko, słońce mocno grzało, widoki pozostawały piękne.

W końcu dotarłam!


 Ze Szpiglasowej Przełęczy czekał mnie piękny widok na Dolinę Pięciu Stawów.



Tu również dłuższy odpoczynek i kolejna pora jedzeniowa.
Na Szpiglasowy Wierch było stąd już tylko 15 minut, ale nie miałam już sił, kończyły mi się zapasy jedzenia i wody (miałam wodę i izotonik), a na szczycie ciasno, wąsko i tłoczno, więc odpuściłam.
Po odpoczynku zabrałam się do zejścia tą samą trasą, będąc w lekkim szoku, że tyle dałam radę przejść. ;)

Nad Morskim Okiem był już tłum ludzi, ale byłam tak zmęczona i głodna, że nie zwracałam na nich uwagi. W schronisku obiad i deser - szarlotka. Czekała mnie jeszcze asfaltowa droga powrotna, ale tu też dobrze i szybko mi się szło.
Ogółem zrobiłam prawie 24 km. :)

Następnego dnia odpoczywałam.

W środę 21 sierpnia czekała mnie próba zrealizowania swojego marzenia.
Ci co mnie znają wiedzą jak wielki miałam lęk wysokości, góry, drabinki - masakra, wjazd kolejką na Kasprowy także był dla mnie bardzo mocno stresujący.

Na początku sierpnia przez internet wykupiłam w biurze turystycznym Strama jednodniową wycieczkę z wjazdem na... Łomnicę! 

Tak, ten malutki wagonik, ta wielka góra i ja...

O omówionej godzinie i miejscu w Zakopanem czekałam na start wycieczki. Poznałam sympatyczną parę, która okazała się przyjechać z moich rodzinnych stron - super. :)
Był autokar, był przewodnik.
Bilety na Łomnicę biuro wykupywało 2 dni przed wjazdem - takie wymogi, więc z pogodą trzeba mieć szczęście. Wjazd z Łomnickiego Stawu na Łomnicę to koszt 29 euro.
My natomiast wykupywaliśmy także bilety na magistralę kolejową za 23 euro, więc dwiema kolejkami wjechaliśmy na Łomnicki Staw.

Ogólnie to czekają na swój wagonik pogoda zaczęła się psuć, w tym sensie, że widoczność schodziła do zera, ale chyba mi nic nie było w stanie popsuć tej ekscytacji.
Wagonik mały, 14 osób na "śledzia".
O 12:20 ruszyliśmy na szczyt.



Mleko się rozlało, więc grupa zajęła się wyobrażaniem sobie widoku i żartowaniem ze rdzy w wagoniku i po co do sufitu jest przyczepiona drabina. ;)

Tuż przed szczytem chmury odsłoniły górę i nagle wszyscy wydobyli z siebie "wooow!"

Na szczycie chmury przysłoniły widok, fota na tarasie widokowym jest.



W pewnej chwili chmury odsłoniły na moment widok, więc namiastka piękna była widoczna.






Na szczycie można przebywać przez 50 minut, no i jednak mocno tam wieje i zimno. ;)
Muszę tam koniecznie wrócić!
Nad Łomnickim Stawem poczekaliśmy na drugą grupę i ci którzy nie chcieli iść dalej mieli czas wolny w tamtym miejscu a potem o omówionej godzinie zjeżdżali tą samą trasą do autokaru i z kierowcą jechali na miejsce zbiórki po pozostałych uczestników.
Większość w tym i ja wybrałam spacer do Hrebienoka. Szlak łagodny, po kamieniach. Kijki mi się trochę przydały, choć też jednego kijka pożyczyłam poznanej osobie na parkingu.
Mieliśmy postój w jakimś schronisku po drodze, więc po 20 czy 30 minutach ruszyliśmy dalej.
Na początku szłam z przodu, a później z kolejnymi nowo poznanymi ludźmi zamykałam wycieczkę.


Poznałam gościa, który na stałe mieszka na Islandii, więc było o czym rozmawiać. :)

Po dotarciu do Hrebienoka poszliśmy na kolej szynową i tam zjechaliśmy do miasteczka.


Jeszcze zakupy spożywce (tudzież alkoholowe) w pobliskim sklepie i tak nabyłam alkohol o nazwie TatraTea. Podobno polecany i w ogóle hit. Jeszcze nie próbowałam. ;)

Po dotarciu do Zakopanego i dalej do swojej bazy noclegowej w Murzasichle - czekał mnie girll, który organizowali właściciele Weroniki.
Była kwaśnica - przepyszna, kiełbaski i kaszanka - to także pyszne. Było też piwo, więc idealne zakończenie dnia.


 


Kolejny dzień to odpoczynek na Krupówkach. ;) I tam też zastała mnie potężna burza, która w górach była bardzo niebezpieczna i miała ofiary śmiertelne.
Mocno się błyskało i bardzo przeraźliwie grzmiało.
Pioruny uderzyły w krzyż, łańcuchy i skałę na Giewoncie. Część została rażona bezpośrednio, część przez łańcuch, inni odłamkami skały, a gdy dodatkowo rozpętała się panika to jedni drugich startowali. Ponad 150 rannych.
Burze w górach są niebezpieczne i nie wolno ich bagatelizować. Grzmiało wcześniej, więc była szansa na odwrót, jednak wielu ludzi mimo wszystko gna do przodu.
Jednak w góry też wychodzi się jak najwcześniej rano, bo pogoda jest najpewniejsza, potem szybko się może zmienić.




23. sierpnia (piątek) wybrałam się kolejką na Kasprowy Wierch. Miałam wykupiony bilet na 8:30, ale rano pogoda była niezbyt zachęcająca, więc i kolejki do kolejki nie było i tym sposobem wpuszczona mnie pół godziny wcześniej.

W planach miałam wycieczkę na Czerwone Wierchy, zejście Tomanową Doliną i długą doliną Kościeliska.
Jednak ze względu na wydarzenia dnia wcześniejszego mama zasugerowała mi, aby może sobie odpuściła, skoro na popołudnie także prognozują burze.
Ostatecznie na Kasprowy Wierch wjechałam.




Jednak na Czerwone Wierchy nie poszłam. Podeszłam do stacji meteorologicznej, a potem poszłam w kierunku Świnicy.

Tam gdzieś znalazłam sobie skalny punkt widokowy i usiadłam rozmyślając nad wszystkim.
Pojawiło się słońce, ludzi znacząco zgęstniało, mi z nosa zaczęła siąpić krew, więc odpuściłam sobie nawet piesze schodzenie. Wróciłam do schroniska wykupują bilet powrotny w dół.



Zjeżdżając stanęłam przed samą szybą i... nie czułam już strachu.




24 sierpnia, dzień przed wyjazdem, wybrałam się do Doliny Chochołowskiej.
Byłam po 8:00, więc się załapałam na ciuchcię jadącą do połowy doliny. Potem spacer do schroniska.





W schronisku obowiązkowy Deser Chochołowski, czyli szarlotka ze śmietaną i polewą z jagodami.
Jest pyszny!


Zjadłam, odpoczęłam i spacerkiem ruszyłam w drogę powrotną.
Na szlaku było już zdecydowanie więcej ludzi.
W drodze powrotnej nie skorzystałam z ciuchci, więc na piechotę do tarłam do wyjścia z parku, po drodze kupując grillowanego oscypka z żurawiną.




25 sierpnia to już powrót pociągiem do Warszawy. Jeszcze ostatnie zakupy oscypkowe dla rodziny i mogłam jechać w drogę powrotną, ale bagaż to miałam okrutnie ciężki, bo sobie kupiłam kilka alkoholi regionalnych.... :D


Łącznie ze spacerami po okolicy i po Zakopanem wyszło mi przez tydzień ok. 60 km, uważam, że to spoko. Nie siedziałam nad basenem tylko troszkę pochodziłam. :)

Za rok mam nadzieję, że też uda mi się pojechać w góry. Chciałam też zimą, ale to się okaże czy tą czy kolejną...

Co do samotnego chodzenia po górach: ma to swoje plusy i minusy, minusem to chyba brak towarzystwa i motywować, a z drugiej strony plusem było to, że mogłam sama się zmotywować, wykrzesać siły, sama nadawałam sobie tempo, więc ani ja na nikogo nie czekałam ani nikt na mnie nie musiał czekać. 

***
"Trzeba mieć przestrzeń w której można by się skupić wyłącznie na doświadczaniu i wyrażaniu siebie."
- Joseph Cambell

***