.

.
Fot. FotoMaraton.pl

sobota, 16 lutego 2019

Islandia 9-10.02.2019

Dawno temu w marzeniach zawitała Islandia, ale było to marzenie tak odległe, że aż w kategorii tych nierealnych, tak samo jak i zobaczenie zorzy polarnej. Fajnie by było zobaczyć to miejsce, ale ono tak odległe, a ja w samolot nie wsiądę.
Rok temu wsiadłam w samolot do Norwegii, wtedy też u Morsów zaiskrzył pomysł z Islandią, jednak ja wtedy twierdziłam, że na pewno nie wsiądę w samolot na pięć godzin. Norwegia była mi wystarczająca.
Gdy przyszło do zapisów na wycieczkę, bez większego namysłu szybko się zgodziłam. Dlaczego? Bo taka okazja mogła mi się już nigdy więcej nie trafić, a skoro jest to trzeba ją wykorzystać.
Tym razem czas do wylotu zleciał mi szybko, bo... nie miałam czasu nad tym rozmyślać. Nawet w dniu wylotu byłam kilka godzin w pracy. Zasypiałam ze zmęczenia w drodze na lotnisko, tam jednak zadziałała adrenalina ze stresem i szybko mi się odechciało spać.
W końcu znalazłam się w samolocie, nadal nie wierząc, że lecę na Islandię i że wysiedzę tyle godzin.
4h:25min - brzmi jak czas w bieganiu, a nie siedzenie na tyłku. :D
Wystartowaliśmy o 21:30... powinniśmy spać, bo zmęczenie, bo napięty plan weekendowego zwiedzania Islandii, ale podekscytowanie wygrało i spania nie było. Dolecieliśmy po 1. w nocy. Wiało okrutnie (dla miejscowych taki wiatr to żaden wiatr) Osoby mające być kierowcami wypożyczonych aut pojechały odebrać samochody i przed 3:00 wyruszyliśmy z lotniska do naszej bazy noclegowej. Ja zasnęłam w aucie szybko, po 5:00 położyliśmy się spać, by o 8:00 mieć pobudkę... Także niektórzy spania za dużo nie mieli. Zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy na trasę Golden Circle.

Pierwszy przystanek Wodospad Urridafoss. Myślałam, że mnie tam wiatr porwie. Wiało zimnem paskudnie, a co mocniejszy podmuch wiatru to jakoś niestabilnie się czułam na ziemi. :D





 A o tym jak wiało można posłuchać: https://youtu.be/_An5Q2-jJUo i przy okazji zobaczyć widoki.
Wzięłam tu cienkie rękawiczki, by móc w nich robić zdjęcia, ale wiatr tak zimny, że i dłonie błyskawicznie zamarzały, więc na następne wyjścia z auta tylko grube rękawice i opatulona szalikiem. :D


Fot. JurekMors

Po wodospadzie ruszyliśmy do kolejnej atrakcji. Zrobiłam parę zdjęć z auta, szyba niestety była brudna, ale kto by dostrzegał takie szczegóły przy takich widokach... Z drugiej strony widoki w sumie dość monotonne - taki surowy, pustynny krajobraz...


Następny przystanek: jezioro wulkaniczne Kerid Crater.
Za dużo o tym nie napiszę, bo byłam zmuszona trzymać się tam innych ludzi. Tak mocno wiało, że mną zarzucało i wiatr chciał mnie porwać. :D Słońce świeciło piękne, ale ciepło nie było.

Fot. JurekMors

Fot. Kasia Nekresz

Fot. JurekMors

Fot. JurekMors

Po pełnych wrażeń jeziorze wulkanicznym zmierzaliśmy do Parku Narodowego Thingvellir.


W parku przemierzyliśmy kilometr by ujrzeć piękny wodospad (żałowałam, że nie mam na butach raczków, bo droga oblodzona). Wodospad zamarznięty także ma swój urok, choć pod lodem słychać było jego głośny szum.




Po spacerze po Parku Narodowym, przyszła kolej na kąpiel w jeziorze Pingvallavatn.
Napęd na cztery koła i opony z kolcami bardzo nam się przydały, ponieważ tu chyba nie uznają posypywania dróg czymś, czymkolwiek, a boczne drogi to już całkiem skute lodem.
Dotarliśmy na malutką plażę, która zdołała pomieścić 6 aut i ku naszej radości ustał wiatr!


Nie trzeba było też rozmyślać czym wykuć dziurę w lodzie dla nas, bo w tym miejscu lodu nie było. 
Co do samej kąpieli - dno kamieniste, z mniejszymi lub większymi głazami przez co miałam trudność i obawy by tam wejść. Sama woda... lodowata. :D Że ja tam dałam radę wejść i się zamoczyć. :D
Fot. JurekMors



Fot. Sławek Andruczyk

Kąpiel moja była krótka, bo to dopiero połowa naszego zwiedzania. Potem w aucie wytrzęsłam się z zimna. :D Pojechaliśmy zobaczyć gejzery.
Gejzery to niezwykłe zjawisko, widzisz jak w dziurze ziemi woda bulgocze, by w innej na 30m wystrzeliła wrząca woda.


 Gejzer Strokkur - największy czynny gejzer Islandii, który wybucha co 5-10min:
https://youtu.be/98uPa1QhOgo
 Przy dymiącej się ziemi zmarzłam strasznie. Jakoś po kąpieli w ziemnym jeziorze nie mogłam dojść do siebie - znaczy w ciepłym aucie było w porządku....

Na koniec dnia (wschód ok. 10, zachód ok.17:40), pojechaliśmy zobaczyć piękny i olbrzymi wodospad Gullfoss. Zamarznięty, ale w zimowej, śnieżnej osłonie także robił niesamowite wrażenie.

Po zachodzie słońca czekała nas jeszcze jedna atrakcja - kąpiel spa w Secret Lagoon.
Naturalny basen termalny. Dno basenu to piasek i kamyki, na powierzchni wody unosi się para wodna, woda jest dość ciepła, a nawet miejscami gorąca. Unosi się także zapach siarki.
Tylko czapkę mogłam założyć, bo w uszy było zimno.
Idealne miejsce na wygrzanie gnatów po zimnym jeziorze. Planowaliśmy tam siedzieć do zamknięcia, czyli ok. 1,5h, ale nie daliśmy rady wysiedzieć. Nie jestem pewna czy wytrzymałam chociaż 30minut. W którymś momencie zaczęło mi się robić... niekomfortowo, czułam, że coś jest nie tak, więc postanowiłam pójść się przebrać. Było mi słabo, więc całe szczęście, że wyszłam. Pozostali także dużo dłużej nie usiedzieli, bo się nie dało.


Fot. Gosia Sieczkowska
Fot. Gosia Sieczkowska

Wydawałoby się, że dzień zakończył się idealnie i nie mogłoby być lepiej. A jednak było jeszcze coś.
Mnie już w tym czasie nie było w basenie, ale dostałam informację, że na niebie zaczyna się zorza, więc czym prędzej pognałam na dwór, ostatecznie stanęłam w najciemniejszym kącie parkingu i obserwowałam to zjawisko. Stałam wpatrując się w niebo nie mogąc uwierzyć, że to widzę, że to się dzieje.
Zdjęcia nie dałam rady zrobić. Jednak Anicie udało się je zrobić. 2 ekipy nie pojechały z nami do spa, tylko prosto do naszej bazy noclegowej i dobrze, że im także udało się zobaczyć zorzę. :)

Fot. Anita Gołębiewska

 Po udanym dniu pora było na wieczór integracyjny no i czekał nas dłuższy sen, bo od rana znów ruszyliśmy w podróż.

Wschód Słońca

Takie tam pojazdy na wielkich kołach mają. :D
Fot. Kasia Nekresz
 Przed odjazdem przy wschodzie słońca grupowe zdjęcie z właścicielką naszej bazy noclegowej
(wygodne są tam łóżka, ciepło i dobre śniadanie ;)).


Fot. JurekMors

Fot. Kasia Nekresz

Widok z auta.

Pierwszy przystanek na niedzielnej trasie to wodospad Skógafoss.
Wodospad obejrzeliśmy najpierw z góry, ponieważ dało się wejść na górę i jeszcze daleko prowadził szlak - niestety oblodzony i niestety mieliśmy za mało czasu na takie spacery.


Był też taras widokowy nad tą wodospadową przepaścią, niestety spojrzenie pod nogi nie było dla mnie dobrym pomysłem, ale ostatecznie fotkę też tam mam. :D

Fot. Sławek Andruczyk

Zdjęcie tego nie oddaje, ale wiało i tuż za mną była przepaść z wodospadem. ;)

 Po zejściu na dół postanowiliśmy zbliżyć się do samego wodospadu. Tafla lodu nie jest łatwa do chodzenia, ale obyło się bez wywrotki, za to zdjęcie na pamiątkę idealne. :)






Po serii zdjęć ruszyliśmy dalej. Następny przystanek to Czarna Plaża Reynisdrangar Cliffs.
Istnieje tam zakaz kąpieli. Ocean w tym miejscu porywa ludzi.



Fot. Arek Andruczyk



Ucieczka przed falą. Fot. Arek Andruczyk


Fot. JurekMors





Fot. Arek Andruczyk


Po przejściu się czarną plażą i zgarnięciu kilku kamyków, ruszyliśmy na zakupy do sklepu z pamiątkami. Widok z parkingu też niczego sobie.


Po zakupach ruszyliśmy w dalszą drogę.



Wodospad Seljalandsfoss.
Robi wrażenie. Latem da się przejść wokół niego, czyli być za taflą wody - przy skale prowadzi tam ścieżka., obecnie była ona zamknięta zapewne dlatego, że była pokryta grubą warstwą lodu.



Fot. JurekMors

Tu także zrobiliśmy sobie mały spacer i udaliśmy się do kolejnego wodospadu o nazwie Gljufrabui.
Polecam zerknięcie w wyszukiwarkę jak to wygląda, nam niestety nie udało się tam wejść, ponieważ musielibyśmy wejść po kolana w zimny strumień, a kaloszy brak. Było wielu śmiałków, którzy po kamieniach przedostawali się do środka.

Fot. Sławek Andruczyk

Fot. Arek Andruczyk


W niedzielny dzień, jak widać po zdjęciach słońce się chowało gdzieś za chmury i nawet zastał nas śnieg, a czekała nas jeszcze jedna ważna rzecz - kąpiel w Oceanie Atlantyckim przy zachodzie słońca.
Im byliśmy bliżej by dojechać na miejsce tym bardziej odsłaniał się nam zachód słońca.
Dojechaliśmy do miejscowości Eyrarbakki i z naszymi tobołami morsowymi niepewnym krokiem ruszyliśmy nad Ocean. Niepewnym, bo oczywiście okrutnie wiało zimnem.

 Zdążyliśmy na zachód słońca!


Tylko przypływu jeszcze nie było i musieliśmy poszukać lepszej miejscówki.
Znaleźliśmy, jednak by się tam dostać trzeba było zejść po wielkich, śliskich głazach.
Fot. Kasia Nekresz

Fot. Kasia Nekresz

Kawałek ładnej plaży jest, Arek dał nam 15 minut na: rozgrzewkę, kąpiel i ubranie się, bo za 15min plaży miało nie być... i tak też się stało. Rozgrzewka w wersji skróconej, szybkie rozebranie się z tych wszystkich ciepłych warstw i wejście do lodowatej wody... Było zimno i pięknie. Awansowałam do tytułu Morsa Atlantyckiego.

W Ocenie Atlantyckim. 

W wodzie posiedziałam moment i wyszłam by szybko się ubrać. Drugi raz sobie odpuściłam, bo chciałam zdążyć z ubraniem się zanim zmyje mi rzeczy. Z trudem się ubrałam, bo zimno i stres, szybko upchałam strój i buty morsowe (z dużą ilością piachu) do worka, szlafrok morsowy zarzuciłam na rękę i rozpoczęłam wchodzenie po tych głazach, co było też dość trudne. gdy wypełzłam poszłam do tych, którzy na kąpiel się nie odważyli, mocno tam wiało, że aż nie wiem jak oni tam wystali tyle czasu.
Nim wsiedliśmy do samochodu to nastała śnieżyca... ależ nam się udało z tą kąpielą!

Na koniec ruszyliśmy do największego miasta - Reykjavik. Niestety, mi było zbyt zimno po kąpieli, by gdzieś spacerować po mieście.
Jednak już przy katedrze - a próbując do niej wejść - trafiliśmy na pokaz muzyczno-oświetleniowy - robiło to duże wrażenie!

1. https://youtu.be/0PMGkS88Dms
2. https://youtu.be/zi-7wdF2hQ8

Potem przeszliśmy kawałek i wstąpiliśmy do pierwszej lepszej knajpy by się ogrzać, okazało się, że akurat nasza grupa trafiła do chyba dość drogiej/luksusowej restauracji.
Raz się żyje i szarpnęłam się na homara. Na talerzu oprócz mięsa homara była też jagnięcina, coś tam jeszcze i sosy. W końcu jakiś obiad, a nie batoniki i zupka instant (chociaż ta kupiona na Islandii wcale nie wyglądała i nie smakowała jak z proszku i jeszcze się tym najadłam ;)).
Po naszej kolacji przeszliśmy się jeszcze po mieście i trzeba było wracać.
Najpierw do wypożyczalni aut a potem na lotnisko nad odwieźli.
Na lotnisku planowałam jeszcze jakieś zakupy, ale... o ile ja kontrolę bezpieczeństwa przeszłam bez żadnego problemu, to innych porządnie przetrzepali, znaczy sprawdzili dokładnie, a ja czekając na innych przegapiłam zakupy, zresztą wizytę w wc (bo w samolocie przecież nie pójdę) także. Nim się obejrzeliśmy wywoływali nasz lot do bramek na pokład, a część osób nadal przechodziła kontrolę.
Dowiedzieliśmy się, że za 5 minut zamykają te bramki, a my zerkając na tabliczki z oznaczeniem mieliśmy jakieś 10 minut drogi... Ależ szybko ruszyliśmy! Po dotarciu wisiał już napis o zamknięciu, ale na szczęście nas wpuścili.:D
Wystartowaliśmy 10 minut wcześniej i nawet zapowiedzieli, że lot będzie trwał o 1h krócej niż planowali. Ostatecznie samolot wylądował w poniedziałek o 6:00 czyli 30min wcześniej.

Zakupy pamiątkowe - najbardziej martwi mnie ten przysmak,
bo z wyglądu przypomina mi smakołyki dla psa a nie dla ludzi :D
Ciężko w paru słowa streścić tak intensywny weekend. Działo się dużo i nie było czasu na sen.
Okazało się, że lot samolotem nie był taki tragiczny, poza tym, że startowanie okazało się dość bolesne - dopóki samolot nie osiągnął swojej wysokości to myślałam, że się przekręcę z bólu zęba. Taka oto różnica ciśnienia. I na razie nie mam w planach lotu samolotem. :D

Całą wycieczkę - wszystkie nasze punkty zwiedzające - zaplanował Arek. Świetnie poradził sobie logistycznie ze wszystkim. Wszystko się udało - pogoda dopisała idealnie.
W wyjeździe towarzyszyła mi też świetna grupa Morsów, prawie 30 osób - dzięki!
To był świetny wyjazd i na długo zostanie w pamięci.

 ***
Islandia i zorza polarna - marzenie zrealizowane!