.

.
Fot. FotoMaraton.pl

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Samsung Irena Women's Run 2015

Tak się zastanawiałam czy jest sens pisania mojej relacji z wczorajszego biegu, bo jakoś całkiem humor mi zszedł, skoro nawet nie jestem na liście z wynikami... a nie przepraszam jestem, pod innym imieniem i nazwiskiem*...Czyli w sumie tak, jakby mnie nie było na tym biegu. 



Dobra napiszę. Zależało mi na tym biegu, chciałam w nim pobiec już rok temu, więc tym bardziej czekałam na ten bieg.
Jeszcze w sobotę rozpaczałam nad tym, że bieg będzie w samo południe, ale wszyscy mówili, że będzie chłodno i deszczowo, bo takie były prognozy. Nie było ani chłodno ani deszczowo. Było gorąco.


Przed biegiem z Natalią :) //Fot. Tomasz Kłosek

Jak się ustawiłam na starcie, to stałam w cieniu, ale cień szybko mi zniknął i stałam w słońcu. Dużo ludzi, gorąco i pomyślałam o zrezygnowaniu, że nie dam rady i gdzieś padnę na tym asfalcie. Jak już uznałam, że jednak zapłaciłam za ten bieg, że medal na mecie dostanę, to przyjęłam taktykę wolnego biegu lub nawet marszu. Wybiła 12:00 i bieg ruszył, cały czas powtarzałam w głowie "wolno", wiedziałam, że jest jakiś podbieg. Jak przy biegu Konstytucji dobrze mi się biegło do podbiegu, potem zaczęły się problemy.  Biegnąc po asfalcie, pod górę w pełnym słońcu, pomyślałam sobie o zeszłorocznym biegu RunBertów - bieg był chyba w najgorętszy dzień roku, zero cienia na trasie i jeszcze godzinowo w okolicy południa. Wczoraj też czułam się jakbym biegła po patelni. Pod górkę trochę szłam, trochę biegłam, później trasa wczorajszego biegu pokryła się z trasą biegu Konstytucji i dokładnie w tym samym miejscu złapała mnie kolka, krótko po wdrapaniu się na górę. Próbowałam ją rozbiegać, bo ile można iść i tylu ludzi mnie wyprzedzało. Potem było z górki, tu też starałam się wolno biec i dopiero wtedy kolka na chwilę puściła. 


Fot. Tomasz Kłosek

Fot. Tomasz Kłosek



Gdzieś po 4 km była kurtyna wodna, tak, to było przyjemne. W trakcie biegu strasznie chciało mi się pić, usta wyschnięte a do mety jeszcze kawałek. Gdzieś 300 metrów przed metą, jakaś dziewczyna biegła z butelką wody i pytała każdej czy chce się napić, więc skorzystałam, przed metą adrenalina podskoczyła, więc dodałam gazu i już wtedy wiedziałam, że jak zaraz się nie zatrzymam to zwymiotuję - teraz wystarczy, że lekko przyśpieszę i już zaczyna mi się robić niedobrze, to po tym biegu po pasie startowym tak mi zostało. :P
Czas z zegarka to 36:13 czyli wolno, ale doczłapałam zgodnie z założeniami. ;)


Po biegu z Natalią ;)  //fot. Tomasz Kłosek

Fot. Tomasz Kłosek







* Dziś odkryłam, że w biurze zawodów wydano mi zły numer startowy. Jak odbierałam pakiet to w ogóle nie było ludzi, żadnej kolejki, więc nawet nie ma jak zwalić winę na ich pośpiech (na mój owszem, bo myślami byłam w domu stresując się czy pies w niszczeniu ograniczył się tylko do zostawionych gazet). Pierwszy raz mi się taka sytuacja zdarzyła. Sprawdzajcie po milion razy czy wydano wam wasz numer startowy! Na liście z wynikami, nie ma mojego prawdziwego numeru, więc nikt go nie dostał, a może specjalnie dostałam cudzy, ciekawe jaki numer dostała osoba za którą ja biegłam, chyba, że w ogóle jej nie było...

Pobiegłam w tym biegu pierwszy i ostatni raz.

niedziela, 28 czerwca 2015

The Color Run Warsaw 2015

Czas na moją relację! Warto zacząć od (mojego) największego problemu przed każdym biegiem: "jak się ubrać", tu dodatkowo organizator nie zapewniał depozytu. W pierwszym pomyśle mieliśmy poświęcić jeden worek-plecak, ale tuż przed wyjściem zdecydowaliśmy się na saszetki, byle upchnąć tam telefon i portfel. Pogoda była ciepła. Kolorowe opaski na głowę podobno były obowiązkowe - ależ w nich głowa się grzała ;) Zbiórka ekipy na stacji, by SKMką pognać na start. 

Jeszcze czyści przed startem ;) Fot. Tomasz Kłosek
Mnóstwo ludzi, podobno 10 tysięcy! Faktycznie puszczali ich partiami, chyba z 30 minut czekaliśmy na przekroczenie linii startu, ale to dobrze, że puszczali ludzi takimi grupami, bo już przy pierwszym punkcie z proszkiem bym kogoś zdeptała, bo jakaś "inteligentna" postanowiła się położyć na środku drogi, a jak obsypywali proszkiem, to odruchowo zamyka się oczy, tak poza tym, to...

 Zabawę czas zacząć!

Fot. Tomasz Kłosek
Fot. Tomasz Kłosek

Fot. Tomasz Kłosek

Fot. Tomasz Kłosek

Fot. Tomasz Kłosek

Tak, tu straciłam widoczność na okularach ;) //Fot. Tomasz Kłosek

Fot. Tomasz Kłosek

Fot. Tomasz Kłosek

Fot. Tomasz Kłosek

Fot. Tomasz Kłosek

Fot. Tomasz Kłosek

Nastał czas, aby zawinąć się do domu i tu czekała miła niespodzianka, bo dzięki Tomkowi i Natalii mieliśmy transport samochodowy. I w drodze do samochodu zobaczyliśmy, że zdmuchują proszek z ulicy...

Fot. Tomasz Kłosek

Z mężem:D   //Fot. Tomasz Kłosek

Tam gdzie jeszcze nie zdążyli sprzątnąć, dużo proszku leżało na ulicy i... pognaliśmy do "piaskownicy". Jak szaleć to szaleć! ;)


Fot. Tomasz Kłosek

Fajnie wyglądam :D //Fot. Tomasz Kłosek 

Fot. Tomasz Kłosek
Najlepsi ;)  //Fot. Ania Skolimowska 

Chwilę przed wpakowaniem się do auta ;)  //Fot. Tomasz Kłosek


Ha! To jeszcze nie wszystko, bo wracając do domu wcale nie siedzieliśmy cicho (spokojnie owszem, aby jak najmniej pobrudzić auto;))
Musiałam to dodać! ;)  //Fot. Magda Bielec



Tatuaż na mojej ręce, który nie chciał się tak łatwo zmyć ;) fot. własne ;)



Impreza była świetna! Wszystkie organizacyjne minusy zniknęły po wyruszeniu w trasę. Jak The Color Run będzie za rok w Warszawie to też się zapisuję. ;)


Na koniec, ogromne podziękowania dla Tomka za mnóstwo zdjęć, które nam zrobił. :)

piątek, 26 czerwca 2015

The Color Run & Bieg Kobiet

Biegowa niemoc... to znaczy za kilka dni się okaże czy biegową "niemoc" mogę nadal zwalać na pogodę ;P. Treningowe "siódme poty" jakoś męczę. Teraz skupię się  na kolorowym weekendzie.

W sobotę czeka mnie bardzo kolorowy bieg na 5 km, bez limitu czasu i bez jakiejkolwiek spiny. Samo wydarzenie jest bardzo reklamowane, bardzo promowane i takie "och i ach". Zresztą, biorę w tym udział, też dlatego aby się przekonać czy to jest - tak jak mówią inni - przereklamowane, czy to super zabawa.
56 zł za bilet wstępu na imprezę, w pakiecie koszulka, numer startowy, agrafki, kolorowy proszek (u mnie fioletowy), kolorowa opaska (myślałam, że będzie z innego, cieńszego materiału), tatuaż, jakiś kupon rabatowy (jak kupię buty za 500 zł to dostanę 100 zł rabatu ;)) i jeszcze jednorazowa wejściówka na siłownię.
Biorąc pod uwagę jak przebiega organizacja: jutro albo będzie super albo fatalnie.
Z koleżankami wybrałam się po odbiór pakietu - dobrze, że z nimi się tam szwendałam, bo samej bym chyba zwątpiła. "Między bramą 2 a 3", weszłyśmy na teren stadionu, bo byłyśmy pewne, że to tam, obeszłyśmy stadion i nic - ani jednej tabliczki, informacji gdzie to się odbiera - było więcej takich zagubionych osób. Przy bramie nr 3 wyszłyśmy z terenu stadionu i udałyśmy się w kierunku bramy nr 2. Żadnej informacji. Pomiędzy bramami stoi jakiś mały budynek i dostrzegłam, że stamtąd wychodził ktoś z reklamówką z TheColorRun - i tak trafiłyśmy do biura po odbiór pakietów. (Dzięki szukaniu tego miejsca, znacząco wzrosła moja dzienna aktywność na zegarku :D). Chodzą słuchy, że ma być 7 tysięcy osób i że mają ludzi puszczać partiami po 300. Bieg jest o 17:00 i należy modlić się o bardzo dobrą pogodę, bo organizatorzy nie zapewniają depozytu.

 



Dzień później o 12:00 startuję w Biegu Kobiet - Samsung Irena Women's Run, bieg w którym chciałam wziąć udał rok temu, ale wtedy uważałam, że za słabo biegam do jakichkolwiek takich imprez, więc jak tylko ruszyły zapisy to niewiele myśląc zapisałam się i opłaciłam bieg na 5 km. Byłam przekonana, że ten bieg jest o wcześniejszej godzinie, pakiet startowy zapakowany w fajny materiałowy worek, który jednocześnie jest workiem na depozyt, a pakiecie koszulka, numer, wafelek i dużo kuponów zniżkowych w różne miejsca, ale w takie miejsca, że nawet 15% rabatu niezbyt mnie zachęca ;). Przy tym biegu należy trzymać za mnie mocno kciuki! 


poniedziałek, 22 czerwca 2015

Czuję mięśnie ;) [20-21.06]

W sobotę odpuściłam sobie darmową Chodakowską, bo robiłam już swój trening w domu i uznałam, że "co za dużo to nie zdrowo". 40 minut ćwiczeń dały równo w mięśnie, a przy tym planie treningowym skończyły mi się dni zupełnego odpoczynku, teraz codziennie mam wykonać serię brzuszków.
W niedzielę do południa pominęłam "Bieg Sąsiadów" (też dlatego, że w tym samym czasie miałam psie szkolenie), a popołudniu wybrałam się na darmowy trening ze sklepu ForPro, myślałam, że trzeba będzie się gdzieś odhaczyć na liście obecności, ale niczego nie sprawdzali, więc równie dobrze jakbym pojechała na wydarzenie/imprezę sklepu, to też bym mogła brać udział w tych treningach. Tyle stresu w zapisywaniu się - dla przypomnienia: 100 wolnych miejsc na trening rozeszło się w minutę - a oni nawet nie sprawdzali listy osób. :P
A wracając do treningu: 50 minut lejącego się potu, te lekkie podmuchy wiatru były takie przyjemne!
Wracając do domu mało nie zasnęłam w autobusie. Myślałam, że nie robiłam zbyt dokładnie wszystkich ćwiczeń, więc i nie będzie mnie potem nic bolało (niektórych nie umiem, inne umiem, ale dużo wolniej i nie nadążam w tempie), właściwie to jak prowadząca fitness nie patrzyła to odpoczywałam (ale w pozycji np. "plank" gdy były pompki i wymachy rękami, to taki niepełny odpoczynek ;)) - ale widziałam, że nie tylko ja tak robiłam! ;)
Dziś czuję swoje mięśnie, czuję, że je mam ;). Po ostatnim fitnessie ze Sklepem Biegacza miałam spore problemy z podniesieniem rąk (jak ich wcześniej w ogóle nie ćwiczyłam, to co się dziwić), tym razem już jest lepiej i nie bolą tak bardzo, dużo bardziej czuję mięśnie brzucha... W związku z tym rozważam czy nie pominąć dzisiaj swojego planowego treningu na mięśnie brzucha - na razie przesunęłam to na wieczór, mam jednak nadzieję, że się zbiorę w sobie, pokonam wszystkie przeciwności losu i wykonam zadanie ;).


Widoczny wyżej dodatkowy ludzik (z czasem 49:20) to spacer z psem :D

czwartek, 18 czerwca 2015

Kiepska wydolność.

Trzeci dzień "Siódmych potów" - nie ma lekko, tym razem podłączyłam widok swojego tętna, ale pies ciągle kombinował jak pokonać przeszkody, którymi była odgrodzona od pokoju, aby mi przeszkadzać i to widać na wykresie. :D Polar "powiedział", że to "trening regeneracyjny" - "serio?? Nieee..."




Dziś czwartek więc i trening biegowy. Za dużo płynów wypiłam przed bieganiem i po doczłapaniu do 2 km, chciałam się zawinąć do domu, ale odpoczęłam gdy inni biegali i po jednym kółku dołączyłam, potem jeszcze jedną taką przerwę zrobiłam, bo coś mi nie szło i coś kiepsko się czułam, to znaczy nie wiedziałam, czy to od pogody czy od czego, ale podobno nie tylko ja się kiepsko czułam, więc na pewno pogoda ma wpływ.

Pisałam już jak na mecie SKYWAYRUN zrobiło mi się - ładnie mówiąc - niedobrze. Już wiem, że to dlatego, że za bardzo popędziłam do mety. Czułam, że mnie "zatyka", ale nie odpuściłam i pognałam "ile fabryka dała". Wspominam o tym, bo dziś przy lekkim przyśpieszaniu znów robiło mi się niedobrze. Jak ujrzałam, że na zegarku brakuje mi 100 metrów do "piątki" i nowej życiówki endomondowej (swoją drogą po wrzuceniu na Endo nie zmienił mi się rekord życiowy, a teraz dążę do tego, by życiówka na Endo pokryła się z biegiem w Mińsku Mazowieckim), to też zasadziłam "ile się da" i jak tylko zegarek wydał dźwięk zapisania okrążenia, to się zatrzymałam i zgięłam w pół, bo mało brakowało... W sumie to nie wiem czy powinnam się tylko zatrzymać, usiąść czy co zrobić, więc wysłałam zapytanie bratu (piłkarz, to dba o kondycję;)) czy robi mi się tak, bo nie ogarniam wydolnościowo... No i wyszło, że dobrze mi świtało.
"No wydolnościowo nie jesteś przygotowana na taki wysiłek.
Wytrzymałość beztlenową buduje się dłuuugoo i organizm musi się do niej przystosować.
O ile kondycyjnie w wolnym bieganiu możesz być mocna, bo tak kształtujesz swój organizm, to przy szybkim bieganiu najzwyczajniej w świecie Cię zatyka, bo wydolnościowo jesteś przygotowana na inne przyjmowanie tlenu przez płuca, itp.
A to najszybsze bieganie i przyspieszenie, sprinty itp, to jest właśnie bieganie beztlenowe czyt. do płuc dociera mało tlenu, a tlenowe to Twoje kołowanie w niskich zakresach tętna.
Jak na moj,e to po prostu nie biegasz szybko, więc Twoje płuca i organizm są przystosowane do takiej a nie innej pracy. Ja to tak widzę." 


Muszę poczytać o treningach interwałowych.  Jak nie kolka to... ;)





Dzięki treningom moja dzisiejsza dzienna aktywność wskoczyła na 190% - wow. :D 

wtorek, 16 czerwca 2015

"Siódme poty dla pięknej sylwetki".

Tak patrząc na innych poczułam motywację do tego, aby regularnie ćwiczyć, a nie tylko biegać. Fitness ze Sklepem Biegacza tylko uświadomił mi jak wiele wysiłku trzeba włożyć i jak wiele potu musi popłynąć, aby uzyskać dobre efekty.
Chciałam znaleźć jakiś rozpisany plan z ćwiczeniami... I wczoraj przypomniało mi się o istnieniu strony, z której kiedyś korzystałam z takich planów treningowych - przez 30 dni dostaje się filmiki, są ćwiczenia i dni odpoczynku, tylko wtedy aby z tego korzystać trzeba było mieć kartę klubową, moja dawno straciła ważność, ale zajrzałam, kliknęłam w jeden plan treningowy - byłam pewna, że za chwilę wyskoczy mi informacja o wykupieniu karty klubowej. Zamiast informacji o płatności uruchomiłam 30-dniowy plan treningowy o pięknej nazwie "siódme poty dla pięknej sylwetki" (później doczytałam, że trwa jakaś promocja i obecnie nie trzeba mieć karty). Minę miałam kiepską, bo "niby to już?" Na szczęście wczoraj był tylko filmik zapoznawczy.
Rano przyszedł czas na pierwszy trening, jako, że Lili denerwowały moje ćwiczenia, to tym razem wyprosiłam ją z pokoju. 43 minuty treningu, a to i tak tylko na sprawdzenie mojej kondycji fizycznej. Niby biegam, ale przy fitnessie wymiękam. W rękach w ogóle nie mam siły ;). I jest też okazja by popracować nad swoją kiepską koordynacją ruchową ;).

Także poranny trening już zaliczyłam, ale akurat dziś przypadał trening biegowy. Nie chciało mi się, ale przebrałam się i pobiegłam na stadion. Zrobiłam 2 km i uznałam, że wystarczy ;).





Przed bieganiem próbowałam się zapisać na darmowy trening Nike i nawet przez chwilę pomyślałam, że mi się udało, bo po zapisaniu się formularz nadal działał, ale okazało się, że nie ma mnie na liście - obstawiam, że w tej samej minucie (sekundzie? ;)) kilkadziesiąt osób wysyłało formularz i może system w porę nie ogarnął zamknięcia zapisów.
Na niektóre wydarzenia/biegi jest prawdziwy wyścig z czasem. Kiedyś się tak zapisywałam na jeden bieg, bo 400 miejsc rozeszło się w 10 minut, a liczyły się osoby, które od razu dokonały płatności, następnym razem liczył się zapis na listę i wtedy lista była zapełniona w 5 minut.
Tu wydarzenie sportowe za darmo, mniej miejsc na grupę, to i trzeba być jeszcze szybszym, ale treningi organizowane przez całe wakacje, więc może uda mi się na jakiś załapać. ;)

Z racji znalezienia sobie planu treningowego zrezygnuję z darmowego treningu z Ewą Chodakowską.

A żeby mi nie było smutno, że się na nic w niedzielę nie zdążyłam zapisać, to zapomniałam, że to trzecia niedziela miesiąca i rano jest Bieg Sąsiadów ;)

niedziela, 14 czerwca 2015

SKYWAYRUN - Mińsk Mazowiecki.

Jako, że nie chce mi się czekać na więcej zdjęć, więc już teraz - póki pamiętam szczegóły - napiszę jak było na wczorajszym biegu SKYWAYRUN w Mińsku Mazowieckim. Najwyżej później będzie część druga relacji.






Bieg po pasie startowym wojskowego lotniska. Na miejscu należało się zameldować najpóźniej na 2 godziny przed rozpoczęciem biegu, bo przy bramie wjazdowej była kontrola, czy każdy ma swoją kartę wjazdową (no dobra, nas nie sprawdzili, bo wraz z kierowcą było nas 7 osób, więc po sprawdzeniu kierowcy ruszyliśmy na parking). Utknęliśmy w korku, bo sporo osób wybrało przyjazd "na ostatnią chwilę".



Gdy cały nasz Team miał już odebrane pakiety, przypięte numery i chip do buta, ruszyliśmy sprawdzić co tam jest ciekawego... A jeszcze przed zwiedzaniem zapraszali na wojskową grochówkę, ja wolałam nie jeść przed biegiem, żeby mi potem zupa się w brzuchu nie przelewała, ale spróbowałam i była dobra - mogli ją dawać po biegu a nie przed. 

 Humory nam dopisywały.
Fot. Tomasz Kłosek

Wdrapaliśmy się nawet na lotniskowy wóz strażacki - lekko nie było ani wchodzić ani schodzić, bo mam lęk wysokości, ale dałam radę. ;)

Fot. Tomasz Kłosek


Zajrzeliśmy też do pojazdu w którym było strasznie gorąco - pojazd został przez nas nazwany szklarnią, później ktoś nie mógł trafić z nazwą i padło najpierw "lożka" a potem "kobyła" :D - prawidłowa nazwa to krasula. 


Fot. Tomasz Kłosek


Po zwiedzaniu ruszyliśmy w stronę startu, bo wkrótce miała się rozpocząć rozgrzewka.


Fot. Tomasz Kłosek


Po rozgrzewce wszyscy się ustawili przed startem. Stałam trochę za blisko przodu, a to wiązało się z tym, że jak wyrwę z innymi to potem będę się męczyć np. z kolką. Na chwilę przed startem postanowiłam poprawić wiązanie buta w którym miałam chip... Tak poprawiłam, że aż wydawało mi się, że supeł zrobiłam, ale pierwsza myśl: "to dobrze, przynajmniej chipa nie zgubię", a zaraz potem druga myśl: "jak ja potem zdejmę ten pomiar czasu..." (chipy były zwrotne). Uznałam, że martwić się będę później. Nastąpiło odliczanie i ruszyliśmy...
Szeroki pas startowy, taka bardziej miękka nawierzchnia.
Ech, wyrwałam. Dużo osób nas wyprzedzało, ale niektórzy chyba też za szybko wyrwali, bo już po 300 metrach szli.
Przed biegiem zrobiło mi się zimno, a jak ruszyłam to myślałam, że się rozpłynę z gorąca, bo jakoś duszno się zrobiło, chociaż w którymś momencie zrobiła się taka zimna przestrzeń.
Dużo zegarków wydawało dźwięki, a ja pomyślałam, że mi GPS się zgubił i nawet na niego nie zerknęłam. Pomyślałam, że jakoś dobrze mi się biegnie. Może to i dobrze, że dopiero przy drugim kilometrze zerknęłam na zegarek i ujrzałam swój czas. "Za szybko". Miałam ze dwie kolki, ale nie były na tyle silne, może szybko skupiłam się na czymś innym i dlatego mi mijały. Sił mi zaczęło brakować, ale ciągle przesuwałam sobie punkt po którym się zatrzymam. Dobiegłam do połowy. Przez te pierwsze 2,5 km mój mąż, który biegł obok mnie, nawet się słowem nie odezwał, potem jak już musiałam się zatrzymać, bo jakoś z oddechem przestałam nadążać i robiło mi się niedobrze, to przyznał, że był w szoku, że tak wyrwałam i tyle naraz przebiegłam.
Moje drugie pół trasy było już znacznie gorsze, po tym jak zeszłam do marszu to próbowałam oddech uspokoić, pot się ze mnie lał i było ciemno jak... Pas startowy był oświetlony niebieskimi lampkami - z daleka wyglądał czadowo, ale mało z tego było światła. Z moim biegiem było już gorzej, więc mąż zaczął nawijać i co chwilę słyszałam "patrz, jaki tam samolot jest" - było ciemno, byłam zasapana, a ten kazał mi jeszcze patrzeć "tam gdzie jest samolot", nie widziałam żadnych samolotów, pewnie ze zmęczenia ;). Raz powiedziałam, że "nie mam już siły", znów sobie próbowałam przesuwać punkty po których odpocznę. Ciągle mijaliśmy się z kilkoma dziewczynami.
Jak zobaczyłam czas 4 km (25 min), to uznałam, że choćbym miała iść ostatni kilometr w tempie 10 minut to i tak nie byłoby tak źle z czasem ogólnym. Nie dość, że wiatr wiał w twarz, to jeszcze się napatoczyła górka - dla mnie wyczuwalna ;).
Dziewczyny, które nas wyminęły zaczęły iść, więc ja zaczęłam bieg (zaczęłam, bo powiedziałam sobie, że jak zobaczę metę to będę znowu biec), co chwilę mówiłam "muszę wolno biec, aby wystarczyło mi siły". Już po chwili czułam, że znowu przyśpieszam. Wyprzedziliśmy te dwie dziewczyny i do kolejnej miałam sporą przerwę, ale jak to u mnie bywa "może ją dogonię". Jeszcze bardziej przyśpieszyłam, a wcale meta nie wydawała mi się "już za chwilę". Dogoniłam tą dziewczynę i wtedy pomyślałam, że teraz muszę już w tym tempie dobiec do mety, bo przecież nie będę się już zatrzymywać. Przed metą wyprzedziłam jeszcze jedną dziewczynę :D. Wpadłam na metę, wyłączyłam zegarek, dostałam medal i poczułam, że zaraz zwymiotuję - za dużo wysiłku. Mało brakowało. Znalazłam kawałek ziemi, aby usiąść, bo miałam wrażenie, że jak tego nie zrobię to padnę. Teraz można było zająć się chipem, jednak nie miałam supełka, ale wyplątanie ze sznurówek zajęło mi dłuższą chwilę. Powinnam się rozciągnąć, nawet przeszła mi przez głowę ta myśl, ale chyba byłam zbyt zmęczona i oszołomiona swoim czasem przebiegnięcia (wg zegarka: 00:30:40), żeby jakoś bardziej rozważyć tą myśl. Jak zakończyłam trening na zegarku, to się okazało, że do 5 km zabrakło mi 100 metrów. 100 m do nowej życiówki... Ale później ktoś mi powiedział, że bieg był na 5 km, więc czas jest na 5 km. I tego się będę trzymać! ;)


Tak więc... Moja nowa życiówka według oficjalnego czasu to: 00:30:37 :D




Fot. Tomasz Kłosek




Spodziewałam się, że jak dotrzemy do Warszawy i przyjdzie mi wysiadać z samochodu to nogi będą stawiały opór, ale ku mojemu ogromnemu zdziwieniu nie stawiały żadnego oporu, pognaliśmy do domu i jeszcze szybko wdrapałam się na trzecie piętro (pies był sam w domu od kilku godzin, więc był stres czy jeszcze coś z mieszkania zostało - ale mieszkanie całe ;)). 


***

A kilka godzin później od powrotu z biegu po pasie startowym, dzisiaj o 8. rano był trening teamu z fizjoterapeutką, niestety nie mogłam zostać na całym treningu, bo musiałam jechać z psem na szkolenie, ale trochę wiedzy o rozgrzewce dostałam. Mam nadzieję, że jeszcze będzie okazja na taki trening, bo to o czym często zapominam - rozciąganie - dziś mnie ominęło.

piątek, 12 czerwca 2015

Fitness i bieganie.

Wczoraj wzięłam udział w dniu otwartym Sklepu Biegacza Warszawa Powiśle. Do wyboru był bieg albo fitness. Przed wydarzeniem doczytałam, że bieg w tempie 6 min/km, to już odpadało, więc ze znajomą wybrałam fitness. Dostałyśmy matę, wodę i spodziewałam się, że będzie lajtowo.

Z Anią. ;)

Było ciężko. Już po pierwszej serii "nie miałam siły", a były jeszcze 3 serie. :D 

Zmęczona ;)


Dotrwałam do końca, nie wiem jak dałam radę przebrnąć przez wszystkie ćwiczenia. Z moją kiepską koordynacją ruchową nie było tak źle, bo tylko jednego ćwiczenia nie ogarnęłam. :D

Z Natalią Gacka - mistrzynią świata w fitnessie sylwetkowym

Rembertów Team :D (od lewej: ja, Natalia i Ania)
 50 minut intensywnego wysiłku, fajnie było!
 Ogólnie było ciężko, nie tylko przez ćwiczenia (też przez trochę wypełniony pęcherz ;)), szkoda, że w sklepie nie pozwoli skorzystać z toalety.


I...
...I jechałam nową linią metra! :D

To nie koniec sportowej aktywności fizycznej, bo wracając Ania powiedziała, że i tak by jeszcze poszła pobiegać, więc jeszcze zrobiłyśmy rundkę po okolicy, ja mniejszą (2 km) a Ania większą (z 6 km) i przy okazji testowała nowy zegarek. :)
            

Po bieganiu uznałam, że już na pewno następnego dnia nie wstanę z łóżka - wstałam i nogi tak bardzo nie bolą, gorzej z rękoma, tych to do góry nie mogę podnieść. :D

***

A dziś odbiór pakietów na jutrzejszy bieg po pasie startowym w Mińsku Mazowieckim. :D

wtorek, 9 czerwca 2015

"Jeszcze jedno kółko".

I nastał wtorek po tygodniowej przerwie w bieganiu.
Kołowania stadionowe na które przychodzi coraz mniej osób.
Ale wracając do mojego biegania - doczłapałam do 2 km i uznałam, że to by było na tyle w dniu dzisiejszym, bo tyle dni bez biegania, bo wystarczy na rozruszanie gnatów, bo już nie mam siły i nie dam rady więcej przebiec... Ale... ktoś mijając mnie zaczął mówić: "dawaj, dawaj, jeszcze chociaż jedno kółko"... i pognałam to jedno kółko i potem następne, by były 3 km. Potem znów było "no, biegnij" i pobiegłam i wyrównałam do 4 km, a stamtąd już niewiele do 5 km i ostanie kółko pobiegłam z tą co wcześniej zachęcała "do jeszcze jednego kółka" ;).
Przez jakieś 4,6 km pilnowałam, by lewej nogi nie obciążać, by biec jakoś równo na obie nogi - i mnie nic nie bolało, ostatnie kółko skupiałam się tylko na tym, by dobiec i się już więcej nie zatrzymywać - bo kolka to moja stała towarzyszka biegania, a ostatnio dołączyło też to, że jak za szybko biegnę to jakby brakowało mi oddechu, i na koniec nogę poczułam.



I teraz tak się pewnie będę kręciła w okolicy mojej niedawno zrobionej życiówki na 5 km - 32:30, bo może wystarczyłby jeden przystanek mniej... ;)

Podsumowanie długiego czerwcowego weekendu.


4 dni obfitowały w niską aktywność. 2 razy zegarek zostawiłam w domu, "bo po co mam mieć potem na ręku biały kwadrat" ;).
"Niska aktywność" brzmi lepiej niż lenistwo.

Ze 3 razy zbierałam się do biegania, jak nie rano to wieczorem, ale wieczorem byłam już objedzona działkowym grillem i tym bardziej mi się nie chciało po upalnym dniu.

W poniedziałek miałam pobiegać, ale przez czyjeś lenistwo w poinformowaniu mnie, że czegoś nie będzie nie poszłam pobiegać (poinformował pół godziny przed zorganizowaną grupą biegania, a to już za późno na cokolwiek), więc postanowiłam poćwiczyć w domu. Łatwo nie było, bo pies lubi przeszkadzać. ;) Liczyłam na to, że może późna godzina sprawi, że Lili będzie zbyt zmęczona na zajmowanie się moimi nogami... Przy moich ostatnich ćwiczeniach rozciągających Paweł musiał się z nią bawić, a raczej odwracać jej uwagę ode mnie.  
Tym razem filmik z ćwiczeniami trwał 20 minut. Może połowę zdołałam w spokoju zrobić. Jak tylko rozłożyłam karimatę, to pies już ją przejął.



Potem było coraz gorzej:


Przy innych ćwiczeniach przeciskała się pod rękoma albo zajmowała machającymi nogami. Na koniec zmęczona przeszkadzaniem - położyła się obok maty.

Jest dużo filmików pokazujących, że zwierzęta też chcą brać udział w ćwiczeniach, ale najbardziej rozkłada mnie na łopatki ze śmiechu ten: "Pets Interrupting Yoga".