.

.
Fot. FotoMaraton.pl

niedziela, 14 czerwca 2015

SKYWAYRUN - Mińsk Mazowiecki.

Jako, że nie chce mi się czekać na więcej zdjęć, więc już teraz - póki pamiętam szczegóły - napiszę jak było na wczorajszym biegu SKYWAYRUN w Mińsku Mazowieckim. Najwyżej później będzie część druga relacji.






Bieg po pasie startowym wojskowego lotniska. Na miejscu należało się zameldować najpóźniej na 2 godziny przed rozpoczęciem biegu, bo przy bramie wjazdowej była kontrola, czy każdy ma swoją kartę wjazdową (no dobra, nas nie sprawdzili, bo wraz z kierowcą było nas 7 osób, więc po sprawdzeniu kierowcy ruszyliśmy na parking). Utknęliśmy w korku, bo sporo osób wybrało przyjazd "na ostatnią chwilę".



Gdy cały nasz Team miał już odebrane pakiety, przypięte numery i chip do buta, ruszyliśmy sprawdzić co tam jest ciekawego... A jeszcze przed zwiedzaniem zapraszali na wojskową grochówkę, ja wolałam nie jeść przed biegiem, żeby mi potem zupa się w brzuchu nie przelewała, ale spróbowałam i była dobra - mogli ją dawać po biegu a nie przed. 

 Humory nam dopisywały.
Fot. Tomasz Kłosek

Wdrapaliśmy się nawet na lotniskowy wóz strażacki - lekko nie było ani wchodzić ani schodzić, bo mam lęk wysokości, ale dałam radę. ;)

Fot. Tomasz Kłosek


Zajrzeliśmy też do pojazdu w którym było strasznie gorąco - pojazd został przez nas nazwany szklarnią, później ktoś nie mógł trafić z nazwą i padło najpierw "lożka" a potem "kobyła" :D - prawidłowa nazwa to krasula. 


Fot. Tomasz Kłosek


Po zwiedzaniu ruszyliśmy w stronę startu, bo wkrótce miała się rozpocząć rozgrzewka.


Fot. Tomasz Kłosek


Po rozgrzewce wszyscy się ustawili przed startem. Stałam trochę za blisko przodu, a to wiązało się z tym, że jak wyrwę z innymi to potem będę się męczyć np. z kolką. Na chwilę przed startem postanowiłam poprawić wiązanie buta w którym miałam chip... Tak poprawiłam, że aż wydawało mi się, że supeł zrobiłam, ale pierwsza myśl: "to dobrze, przynajmniej chipa nie zgubię", a zaraz potem druga myśl: "jak ja potem zdejmę ten pomiar czasu..." (chipy były zwrotne). Uznałam, że martwić się będę później. Nastąpiło odliczanie i ruszyliśmy...
Szeroki pas startowy, taka bardziej miękka nawierzchnia.
Ech, wyrwałam. Dużo osób nas wyprzedzało, ale niektórzy chyba też za szybko wyrwali, bo już po 300 metrach szli.
Przed biegiem zrobiło mi się zimno, a jak ruszyłam to myślałam, że się rozpłynę z gorąca, bo jakoś duszno się zrobiło, chociaż w którymś momencie zrobiła się taka zimna przestrzeń.
Dużo zegarków wydawało dźwięki, a ja pomyślałam, że mi GPS się zgubił i nawet na niego nie zerknęłam. Pomyślałam, że jakoś dobrze mi się biegnie. Może to i dobrze, że dopiero przy drugim kilometrze zerknęłam na zegarek i ujrzałam swój czas. "Za szybko". Miałam ze dwie kolki, ale nie były na tyle silne, może szybko skupiłam się na czymś innym i dlatego mi mijały. Sił mi zaczęło brakować, ale ciągle przesuwałam sobie punkt po którym się zatrzymam. Dobiegłam do połowy. Przez te pierwsze 2,5 km mój mąż, który biegł obok mnie, nawet się słowem nie odezwał, potem jak już musiałam się zatrzymać, bo jakoś z oddechem przestałam nadążać i robiło mi się niedobrze, to przyznał, że był w szoku, że tak wyrwałam i tyle naraz przebiegłam.
Moje drugie pół trasy było już znacznie gorsze, po tym jak zeszłam do marszu to próbowałam oddech uspokoić, pot się ze mnie lał i było ciemno jak... Pas startowy był oświetlony niebieskimi lampkami - z daleka wyglądał czadowo, ale mało z tego było światła. Z moim biegiem było już gorzej, więc mąż zaczął nawijać i co chwilę słyszałam "patrz, jaki tam samolot jest" - było ciemno, byłam zasapana, a ten kazał mi jeszcze patrzeć "tam gdzie jest samolot", nie widziałam żadnych samolotów, pewnie ze zmęczenia ;). Raz powiedziałam, że "nie mam już siły", znów sobie próbowałam przesuwać punkty po których odpocznę. Ciągle mijaliśmy się z kilkoma dziewczynami.
Jak zobaczyłam czas 4 km (25 min), to uznałam, że choćbym miała iść ostatni kilometr w tempie 10 minut to i tak nie byłoby tak źle z czasem ogólnym. Nie dość, że wiatr wiał w twarz, to jeszcze się napatoczyła górka - dla mnie wyczuwalna ;).
Dziewczyny, które nas wyminęły zaczęły iść, więc ja zaczęłam bieg (zaczęłam, bo powiedziałam sobie, że jak zobaczę metę to będę znowu biec), co chwilę mówiłam "muszę wolno biec, aby wystarczyło mi siły". Już po chwili czułam, że znowu przyśpieszam. Wyprzedziliśmy te dwie dziewczyny i do kolejnej miałam sporą przerwę, ale jak to u mnie bywa "może ją dogonię". Jeszcze bardziej przyśpieszyłam, a wcale meta nie wydawała mi się "już za chwilę". Dogoniłam tą dziewczynę i wtedy pomyślałam, że teraz muszę już w tym tempie dobiec do mety, bo przecież nie będę się już zatrzymywać. Przed metą wyprzedziłam jeszcze jedną dziewczynę :D. Wpadłam na metę, wyłączyłam zegarek, dostałam medal i poczułam, że zaraz zwymiotuję - za dużo wysiłku. Mało brakowało. Znalazłam kawałek ziemi, aby usiąść, bo miałam wrażenie, że jak tego nie zrobię to padnę. Teraz można było zająć się chipem, jednak nie miałam supełka, ale wyplątanie ze sznurówek zajęło mi dłuższą chwilę. Powinnam się rozciągnąć, nawet przeszła mi przez głowę ta myśl, ale chyba byłam zbyt zmęczona i oszołomiona swoim czasem przebiegnięcia (wg zegarka: 00:30:40), żeby jakoś bardziej rozważyć tą myśl. Jak zakończyłam trening na zegarku, to się okazało, że do 5 km zabrakło mi 100 metrów. 100 m do nowej życiówki... Ale później ktoś mi powiedział, że bieg był na 5 km, więc czas jest na 5 km. I tego się będę trzymać! ;)


Tak więc... Moja nowa życiówka według oficjalnego czasu to: 00:30:37 :D




Fot. Tomasz Kłosek




Spodziewałam się, że jak dotrzemy do Warszawy i przyjdzie mi wysiadać z samochodu to nogi będą stawiały opór, ale ku mojemu ogromnemu zdziwieniu nie stawiały żadnego oporu, pognaliśmy do domu i jeszcze szybko wdrapałam się na trzecie piętro (pies był sam w domu od kilku godzin, więc był stres czy jeszcze coś z mieszkania zostało - ale mieszkanie całe ;)). 


***

A kilka godzin później od powrotu z biegu po pasie startowym, dzisiaj o 8. rano był trening teamu z fizjoterapeutką, niestety nie mogłam zostać na całym treningu, bo musiałam jechać z psem na szkolenie, ale trochę wiedzy o rozgrzewce dostałam. Mam nadzieję, że jeszcze będzie okazja na taki trening, bo to o czym często zapominam - rozciąganie - dziś mnie ominęło.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz