.

.
Fot. FotoMaraton.pl

poniedziałek, 28 września 2015

Bieg na Piątkę (27.09.2015)

Obwinięta w ciepły koc, mogę napisać swoją relację z dnia wczorajszego, a działo się sporo - czego wynikiem jest też dzisiejsze obwinięcie w koc. ;)

Z domu wybiegłam już o 7:20, pognałam (autobusem ;)) na stację kolejki, bo tam zbierał się mój Rembertów Team, mogłam pojechać później by tyle nie marznąć w poczekaniu na swój bieg, ale w kupie zawsze raźniej. Część teamu biegła maraton, stąd tak wczesna godzina. Parę osób zaliczyło swój debiut na maratonie.
Rano było zimno, ale na wszelki wypadek spakowałam w plecak jeszcze jedną bluzę, jakby mi było zimno po biegu, bo... zamierzałam zostać i pokibicować.

W depozycie było ciepło, jak sobie pomyślałam, że w krótkim rękawku mam wyjść... ale jakoś przetrwałam to, że mi zimno. Przed startem maratończyków, postaliśmy, pogadaliśmy, pośmialiśmy się i nastał czas ustawiania się do swoich stref czasowych, popatrzyliśmy na tych, którzy w pędzie wskakiwali do startu, bo jacyś spóźnialscy, że to już. Maratończycy ruszyli, ci na "piątkę" mieli jeszcze chwilę i... jak przyszło do ustawiania się, to wszyscy jakoś w kupie z przodu stanęli, co śmieszniejsze podobno pan przez mikrofon powiedział, że te strefy startowe maratończyków, są też strefami dla nas, czyli stałam w strefie 4:15 min/km, ale chyba tego komunikatu nikt nie usłyszał, więc się nie przemieszczałam do tyłu, zresztą zaraz był koniec tego tłumu ludzi.

9:30 czas start. Ruszyłam. Wiedziałam, że coś za szybko i że moje gnaty się trochę zastały stojąc na tym zimnie (rozgrzewałam się przed biegiem). Jak pierwszy kilometr stuknął, to wiedziałam, że przy takim tempie zaraz nie będę miała siły, stuknął drugi w podobnym czasie, potem trzeci i... zaczęły się problemy, bo jakoś tchu zaczynało mi brakować, potem kolki i coraz gorzej, ale nie odpuściłam. Myślę, ze czas byłby lepszy, gdyby nie ta górka pod koniec. Nie lubię górek, jakoś wysysają ze mnie energię, a może powinnam zacząć na jakieś ćwiczyć, by się nauczyć wbiegania...

Meta na Stadionie Narodowym - to jest coś, kumulując resztki siły przyśpieszyłam (jeszcze Magda coś krzyknęła kibicując), wpadłam na metę i...  nie zwymiotowałam chyba tylko dlatego, że przed sobą zobaczyłam, że komuś innemu się to zdarzyło, jedynie się zgięłam w pół, kazali mi przejść kawałek dalej odpoczywać, to przeszłam 2 kroki dalej i oparłam się o barierkę, by złapać oddech. ;)

Mam medal i czas całkiem w porządku, jak na to, że moje ostanie czasy były gorsze. Z wiadomości SMS, mój czas netto, to: 00:33:21. :D



Ale to koniec dnia, bo z Magdą umówiłam się na dalsze kibicowanie. Jak tylko wygrzebałam się z depozytu ruszyłyśmy na drugą stronę Wisły (ależ wiało na moście!), by może spotkać nasz Team pokonujący już połowę swojego dystansu. Magda na bieżąco sprawdzała kto na jakim kilometrze jest, to się okazało, że większość już była za tym punktem, ale złapałyśmy się na 3 "nasze" osoby. ;)
Wróciłyśmy na stadion, spotkałyśmy Marcina, który strzelił życiówkę na 5 km, dostałyśmy plastikowe "klepaczki" (nie wiem jak to się nazywa, ale służy do kibicowania ;)) i wyszłyśmy na zewnątrz, bo tam było więcej miejsca przy barierkach i jakieś 300 metrów do mety,
Magda posprawdzała, kto gdzie jest i czekałyśmy, ale nie w ciszy, jak już miałam przyrząd do kibicowania to cały czas go używałam i coś tam krzyczałam w stylu "brawo". Super uczucie, gdy kibicujesz i ktoś chociaż się odrobinę uśmiechnie czy machnie ręką. Tak jak i odechciewa się kibicowania, gdy się produkuję, a ktoś nie raczy w żaden sposób odpowiedzieć. Był taki pan, który szedł ze spuszczoną głową, więc ja coś krzyknęłam, ktoś obok mnie coś krzyknął i pan się zawziął w sobie i ruszył wolnym biegiem. :)

Niestety widziałyśmy też chłopaka, który dziwnie biegł, nagle jakby się zataczał, chwycił barierki i siadł na asfalcie, ktoś inny chciał go doholować do mety, bo już tak mało zostało, ale chłopak nie był w stanie utrzymać się na nogach, karetka go zabrała.


Podsumowując, fajna impreza biegowa, fajny mój czas na 5km!
Kibicowałyśmy przez kilka godzin, aż cały nasz Team dobiegł do mety, przewiało nas, dobrze, że miałam dodatkową bluzę, od plecaka bolą mnie plecy, a od stania nogi, ale dla tych osób, które odpowiadały nam uśmiechem za kibicowanie - warto było stać i czekać.  Ci, którym nie chciało się nawet machnąć ręką - mam nadzieję, że nigdy nie narzekają na braki w kibicach, bo gdyby nikt się chociaż nie uśmiechnął do mnie, to już chyba nigdy więcej nie chciałoby mi się stać, marznąć i psuć gardło, a tak to, może jeszcze kiedyś.... ;)
I chciałabym, aby ktoś na mnie tak czekał, jak kiedyś będę biegła swój pierwszy maraton. ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz