.

.
Fot. FotoMaraton.pl

środa, 13 stycznia 2016

Pokonanie lenistwa. (13.01.2016)

Po fatalnym biegu WOŚP moje biegowe zapędy stopniały, stopniały też przez pogodę, bo jak biegać to tylko wieczorem, a wieczorem jest ciemno, niebezpiecznie, ślisko...  Zbierałam się na wczorajszy trening NRC, ale jakoś słabo się czułam, więc wolałam nie ryzykować. W zamian zapowiedziałam sobie, że w środę na pewno pójdę troszkę pobiegać. Mąż miał wrócić wcześniej z pracy, więc odpadały moje wymówki, temperatura wskoczyła na plus i miałam nadzieję, że chodniki już są w porządku. Chciałam też w końcu przetestować moją nową saszetkę na smartfona, która do ubrania wygląda bardziej skomplikowanie, bo "wisi" na klatce piersiowej, ale ma lepsze zapięcie, niż ta po prostu zapinana na biodrach. Na dłuższe wyprawy lepiej by było abym miała telefon przy sobie.

Zebrałam się w końcu na trening, choć nie chciało mi się, ale dawno nie biegałam i może chociaż trochę przeczłapię. Już na początku biegu sypnęły we mnie małe białe kuleczki, super, potem wiało w twarz, a chodniki te mniej uczęszczane jednak były trochę pokryte lodem. Już w głowie zaczęłam skracać swoją trasę, ale zaraz sama się ochrzaniłam: "ej! Twój pierwszy półmaraton w kwietniu sam się nie przebiegnie!".
Za szybko zaczęłam, znowu. Wiedziałam, że będzie to katastrofą. Kolka goniła kolkę. Znacząco zwolniłam i właściwie był bieg z marszem. "Spokojnie rób swoje, po co się tak śpieszysz". I tak trasę nieco skróciłam, biegając między uliczkami zastanawiałam się, gdzie był ten wielki pies (przypominał mi trochę białego niedźwiedzia), który raz obszczekał mnie ze swojego podwórka, a ja mało nie padłam z przerażenia i nawet przechodząc obok płotu przeszłam do spaceru... I tak zastanawiając się nad tym, które to było podwórko, usłyszałam groźne szczekanie i ominęłam uliczkę, wtedy też uznałam, że na dzisiaj wystarczy i dobiegając do domu uznałam, że niewiele brakuje do 6 km, więc uzupełniłam braki. ;)

Wyszło słabo, bo zaczęłam za szybko, drugi kilometr był już o minutę wolniejszy i każdy kolejny też, więc potem już nie patrzyłam na swój czas. ;) Chociaż pozostałe kilometry nie różniły się między sobą aż tak strasznie...



Jednak dla mnie istotniejsze niż czas jest to, że dziś pokonałam swojego lenia!
A nowa saszetka na smartfona sprawdziła się dużo lepiej, bo dobrze się trzymała i nie czułam dyskomfortu w trakcie biegu.




A jutro i pojutrze wybieram się na warsztaty biegowe do Sklepu Biegacza. :) 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz