.

.
Fot. FotoMaraton.pl

środa, 30 marca 2016

...i po świętach.

Na przedświąteczną sobotę miałam zaplanowane bieganie. Błędem było to, że w piątkowy wieczór zaczęłam patrzeć na różne trasy i zaczęłam za dużo myśleć o sensie swojego biegania. ;)
No nic, zaplanowałam 10 km i spróbowanie ostatniego żelu energetycznego poleconego przez znajomą.
W sobotę rano, jak już założyłam buty do biegania postanowiłam wyjrzeć na balkon, aby sprawdzić jaka temperatura jest w odczuciu. Otwieram okno i słyszę, że leje deszcz...
Zawsze jak sobie zaplanuję dłuższe bieganie, to pogoda mi nie sprzyja. 
W głowie przetoczyła się bitwa myśli.
"Iść teraz czy czekać aż przestanie padać... Jak będę czekała, to mogę się nie doczekać, dzień się skończy, a ja będę sobie wyrzucała, że nie poszłam. Idę, ale zamiast 10 km zrobię połowę mniej."
Poszłam. Mocno padało, powiedziałabym, że lało, ale nie wiem jak mogłabym nazwać to, co działo się później.
Gdzieś tak w połowie dystansu myślałam, że się rozpłaczę. Myślałam, że jak wychodziłam z z domu to lało... Po 2 km nastąpiło jakby jeszcze większe oberwanie chmury. Miałam czapkę z daszkiem, by zachować widoczność (by nie padało mi na okulary), to z tego daszka kapała mi woda. Czułam, że jestem przemoczona, zrobiło mi się zimno. Nawet pomyślałam, że jak się rozchoruję po tym, to się nie zdziwię. Doczłapałam do domu, czas był mi już obojętny, bo im bardziej pada tym mi gorzej się biegnie. Ale wyszłam z domu jak tak lało, więc trening był sukcesem. ;)

W święta, czyli w niedzielę i w poniedziałek ciężko było mi się ruszyć od stołu na bieganie, ale za to pies zaliczył leśne spacery. Jakiś ruch był. :D


We wtorek Speed Run z Nike Run Club.
Jakie było moje zdziwienie, gdy ujrzałam, że najwolniejsza grupa już nie jest na "60+" (czas na 10 km), tylko "55+". Najwolniejsza grupa przyspiesza. :D
Zaplanowane było 9 x 400 metrów. Te 400 metrów miało być wykonane chyba w 2 minuty 8 sekund, potem przerwa trwająca tyle samo.
Lepsze 400 metrów niż 4 kilometry. 

Po rozgrzewce zaczęliśmy.
Na początku całkiem spoko, ale wiedziałam, że łatwo nie będzie i w końcu przestanę oddechem nadążać. Każdy kolejny odcinek był trochę trudniejszy i ostatnie 100 metrów mi się wydłużało. W końcu zaczęło mi się robić niedobrze, ale starałam się nie poddawać i utrzymać tempo grupy.
Pacerka Anita dobrze motywowała i pytała czy wszystko w porządku. Na przedostatnim było już blisko do zrezygnowania, ale w głowie myśl "jeszcze tylko 100 metrów i przerwa". Za to na ostatnim odcinku miałam biec z przodu, a grupa też działała motywująco twierdząc, że dam radę. ;)
Dałam radę. :D
Cóż za satysfakcja z tego, że dałam radę. :D
(Na tych przerwach pauzowałam zegarek, więc i wyszedł mi mi dziwaczna - błyskawiczna - życiówka na 5km, ale w trakcie biegu w ogóle nie patrzyłam na zegarek. ;)) 

Czwartkowy NRC odpuszczam, mimo że to Ready Set Go, to jednak dla rozruszania pokręcę się po swojej okolicy. Później już tylko odpoczynek, bo w niedzielę dzień spełniania mojego marzenia - półmaraton. I całe mnóstwo stresu. ;) 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz