.

.
Fot. FotoMaraton.pl

niedziela, 24 kwietnia 2016

Bieg Oshee 10 km (24.04.2016)

Po moim męczącym debiucie półmaratońskim i znalezieniu przyczyny, moja treningi znacząco się skurczyły. Głowa musiała odpocząć, nabrać odpowiedniego nastawienia do biegania. Jeszcze miesiąc temu żałowałam, że 24 kwietnia mam jeszcze jeden bieg, co prawda ostatni z zaplanowanych/opłaconych...

Nadszedł 24 kwietnia i impreza Orlen Warsaw Marathon - mój bieg na 10 km.

Dzień wcześniej wzięłam udział w treningu NRC, gdzie Mariusz Giżyński opowiadał o taktyce na maraton, ja co prawda krótszy dystans, ale te rady przydają się też na krótszych dystansach.
Odebrałam też swoją koszulkę Nike+Run Club, bo dzień wcześniej dostałam emaila informującego mnie o tym. To było bardzo miłe dostać takiego emaila i reprezentować NRC. :)

W sobotę wieczorem wszystko sobie przygotowałam na bieg, by następnego dnia nie latać w stresie po mieszkaniu. Spakowałam bluzę, bo w planie miałam, po swoim biegu, kibicowanie na trasie. Ściągnęłam tez aplikację OWM na telefon, która miała umożliwić śledzenie zawodników na trasie...




Ja to miałam dość prosty plan, znaczy nadal się uczę tego, co proste. ;) Dycha na spokojnie, bez spinania się, "raz prawa, raz lewa noga" i powolne człapanie do przodu.

Rano, tuż przed wyjściem z domu, wyjrzałam na balkon... "Kurde, ale zimno!" Bluzę wyciągnęłam z plecaka i założyłam na siebie i do tego kurtkę. Szkoda, że rękawiczek nie wzięłam...
Na stacji SKM spotkałam znajomych z Rembertów Team, którzy dziś stratowali w maratonie.
Po dojechaniu na miejsce, zostawieniu rzeczy w depozycie, wspólnej fotce ruszyłam na swój start.
Wcześniej spotkałam też Agnieszkę, która debiutowała na tym dystansie i mocno zaciskałam kciuki za jej bieg.

Wiało, było zimno, miałam długi rękaw i na to koszulkę z krótkim rękawkiem, ale dlaczego nie wzięłam tych rękawiczek?

Zanim dotarłam na swój start, odstałam w kolejce do toja, a potem w wielkim ścisku próbowałam dotrzeć do swojej strefy czasowej, która była kawał drogi od startu, mając już dość przeciskania się, weszłam do pierwszej swojej bramki i przecisnęłam się do barierek ogradzających jezdnię, bo po drugiej stronie, w przeciwnym kierunku niż mój bieg, mieli biec maratończycy.

Najpierw wystartowali ci na wózkach, a później był start wszystkich. Zanim ja się ruszyłam do przodu to przybiłam sporo piątek z maratończykami - to było świetne. Fajnie, że start był w taki sposób zorganizowany.

W końcu mój bieg ruszył, najpierw wolno i coraz szybciej, w końcu przekroczyłam linię startu, wtedy czip stał się aktywny, przebiegłam niewiele, bo nagle się wszyscy zatrzymali, po chwili ruszyli, by zaraz znów się zatrzymać. "Ej, co jest?". Ulica szeroka, nie było tam zwężenia, ale też biegaczy nie wypuszczali strefami tylko wszystkich naraz, może dlatego tak się zrobiło?

Znów ruszyliśmy. Ja wolno, takie człapu - człapu, zegarek pokazywał, że biegnę ok. 6:40, więc tak w sam raz, na zegarek rzadko patrzyłam, żeby nie spinać. Oczywiście miałam ze 2 kolki, ale mogę uznać za sukces to, że je rozbiegałam i nie zeszłam do marszu. W ogóle, ja nie wiem co mam z tym schodzeniem do marszu, muszę bardziej popracować nad swoją głową. Powiedziałam sobie, że spokojnie dobiegnę do 5 km a potem mogę iść, bo już wcześniej prawie zeszłam do marszu, ale uspokajałam głowę. Do 4 km nie było żadnych kibiców na trasie, taka pustka. Zimna, wietrzna pustka. Chociaż od tego truchtania zrobiło mi się nawet ciepło. ;)
Pamiętając rady trenerów i pacerów NRC, starałam się nie spinać góry i zawsze ją rozluźnić gdy czułam spięcie, no i pracować rękami, zwłaszcza gdy przyłapałam się na tym, że nic nimi nie robię. ;)

Pierwsze 5 km zleciało, drugie dłużyło się okropnie. Nie chciałam się zmuszać do biegu, ale jak zobaczyłam przed sobą pewną panią, to aż mi się głupio zrobiło i postanowiłam by chociaż biec jej tempem, ale jakoś nogi mi same przyspieszały...  Przybiłam trochę piątek kibicom, podziękowałam za kibicowanie, pomachałam do nich. Później co chwilę na zmianę mijałam się z inną panią, aż gdy zostało tylko 1,5km do końca powiedziałam jej, aby biegła, więc potruchtała ze mną, ale jak ja zeszłam do marszu to ona też. Na ok. 0,5 km, ona już biegła, a ja zbierałam siły chęci na końcówkę. Jak maszerowałam to mijałam stojącą przy trawniku karetkę i ujrzałam, że ratownicy kogoś reanimują...

W końcu pozbierałam się w sobie i zaczęłam truchtać, załączyła się też adrenalina, wiec i jakieś przyspieszenie. Ostatnia prosta była tak długa, że myślałam, że nie dam rady. Zresztą na swojej połówce zatrzymałam się niedaleko mety, tu nie mogłam tego zrobić. Nie i koniec. Miałam dobiec do mety i tam dopiero się zatrzymać. Gdy tam biegłam i walczyłam ze swoją głową, pilnowaniem oddechu, by nie zwymiotować, chyba troszkę pocisnęłam skoro aż oddechem przestałam wyrabiać, to kątem oka widziałam, że wyprzedzam tamtą panią, z którą się wcześniej mijałam.

Dobiegłam.
Bez stresu, spinania się, ze spokojniejszą głową.


Odebrałam medal i jeszcze mi przybito piątki z gratulacjami od wolontariuszy wręczających medali.
Super. :)



Odebrałam swój depozyt, palce mi zgrabiały z zimna, jakoś się ubrałam, jakoś otworzyłam sobie picie, nawet zdołałam sobie fotkę strzelić, koniecznie muszę poćwiczyć robienie selfie. ;)
Poszłam po banana, wyciągnęłam gazetkę dołączoną do pakietu by zobaczyć jak idzie trasa maratonu, zdołałam uruchomić aplikację OWM i... nic w niej nie było, żadnych wyników ani nic. Wyszłam z aplikacji i próbowałam ogarnąć wyniki przez stronę OWM, ale tam też kicha z wynikami. Miałam Agnieszce pokibicować, ale gdzie na trasę pójdę, jak nie wiem gdzie ona jest, a dodatkowo ja się trzęsę z zimna (gorzej niż po morsowaniu ;)) Zrezygnowana schowałam gazetkę z mapą, sprawdziłam o której mam pociąg, a że jeszcze mi do niego dużo czasu zostało to popatrzyłam na telebim na którym pokazywana była czołówka i jakie było moje zdziwienie, gdy ujrzałam "białego" człowieka na prowadzeniu, zaraz potem usłyszałam, że to Polak prowadzi, i że zostało mu ze 4 km do mety, więc postanowiłam pójść wzdłuż ostatniej prostej i zmienić transport powrotny na tramwaj. Niedługo później zza zakrętu pokazał się samochód prowadzący, a krótko po nim pierwszy biegacz - Artur Kozłowski, ile siły krzyknęłam "brawo", zaraz za nim pojawił się Henryk Szost, więc też krzyknęłam "brawo", a później Kenijczyk.
Polak wygrał maraton w Polsce, tak wielkie WOW, bo ile razy czytałam o czołówce Kenijczyków i że z nimi nie da się wygrać, dziś dwóch Polaków pokazało, że się da!

Zebrałam się i wróciłam do domu, jeszcze myślałam nad tym by pójść tak po prostu gdzieś na trasę maratonu i może trafiłby się ktoś znajomy, ale ręce mi już z zimna zsiniały i ogólnie trzęsłam się. Po powrocie do domu gorąca kąpiel była wybawieniem.
Strona z wynikami nadal kulała, więc kciuki za znajomych nadal mocno trzymałam.
Znajomi z Rembertów Team dali radę. Debiutująca Aga też dała radę. :)


Z mojego biegu nawet jestem zadowolona, ręce pracowały i teraz mnie bolą. ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz