.

.
Fot. FotoMaraton.pl

niedziela, 31 lipca 2016

Lipiec 2016 - Podsumowanie.

Lipiec - czas na podsumowanie.
Wyszło na bogato, a to w dużej mierze dzięki wycieczkom pieszym w górach, o tym możecie przeczytać tutaj.
Trochę biegania, trochę spacerów, trochę jeżdżenia na rowerze, był też aerobik.
Wczoraj zawędrowałam na trening NTC, tak dla urozmaicenia a przede wszystkim do ogarnięcia swojej słabej koordynacji. Przed treningiem zadbano o kobiece piersi i wszystkie uczestniczki treningu miały profesjonalny dobór stanika sportowego firmy Nike, które dostały i mogły od razu przetestować na treningu. Fajna sprawa.
Ale trening to było coś - mega wycisk. Ledwo się zaczął, a ja już nie mogłam doczekać się końca. :D W trakcie treningu lunął deszcz, niby przyjemne schodzenie, ale nie przepadam jak mi kapie na okulary. ;) Przed końcem treningu zdążyło też wyjść słońce. :) Nie wiem jak ja go przetrwałam i nie padłam w połowie. ;)
Jako, że po tym treningu dziś rano czułam swoje mięśnie nóg i rąk, zrezygnowałam z biegania i jeżdżenia na rowerze, zamiast tego relaks w basenie. :D





Za moment nowy miesiąc, a ja wciąż przymierzam się do pewnego treningu. Dużo obaw z tym związanych, ale jak nie spróbuję to się nie dowiem. Może to właśnie sierpień jest dobrym miesiącem na rozpoczęcie takiego biegania...
A, no i w sierpniu czeka mnie jeden bieg - Piątka Praska na koniec sierpnia...

poniedziałek, 25 lipca 2016

Wolontariat (23-07-2016)_cz.2

Poprzednio było już o tym dlaczego na razie nie planuję powtarzać wolontariatu, a teraz warto sobie przypomnieć te śmieszne chwile z 5 godzin stania w saunie. ;) 

Ogółem na wolontariat Biegu Powstania Warszawskiego z naszego Rembertów Team zgłosiło się nieco więcej osób niż tylko my trzy z depozytu i wspomniany wcześniej Włodek. Śmialiśmy się, że w tym roku więcej Teamu będzie w wolontariacie niż będzie brało udział w samym biegu. :D

Jako, że zbytnio nie miałyśmy możliwości się przemieszczania reszta odwiedzała nas.

Tak naprawdę, to ja, Magda i Ania liczyłyśmy na deszcz, by móc docenić to, że nie pada nam na głowę. ;)
Nie padało.
Na szczęście moje i Magdy, Artur z żoną także jechali na wolontariat, dzień wcześniej dostali kartę parkingową i identyfikatory (Artur to brat Magdy) i zgodzili się pojechać godzinę wcześniej, abyśmy my zdążyły na miejsce).
Dojeżdżając do miejsca biegu trafiliśmy na zamkniętą ulicę i panów policjantów, którzy twierdzili, że się nie da otworzyć i należy próbować dojechać od drugiej strony, zanim Artur odjechał to zdążyłam przeczytać, że zakaz nie dotyczy tych, co mają identyfikator organizatora, a oni go mieli i szybko pokazali policjantom. Policjanci w śmiech i my też. :D

Po rozgoszczeniu się w saunie, znaczy w parkingu podziemnym i zajęciu swojego miejsca, najpierw w odwiedziny wpadła rodzina - Artur z żoną Danutą, którzy mieli za zadanie opiekę nad VIPami a konkretnie zaproszonymi Powstańcami. No cóż, z nich też się śmialiśmy, że może za VIPa dostaną Macierewicza.

Od lewej: ja, Ania, Artur, Magda, Danuta.
Danuta później przyznała, że schodząc do tego parkingu była pewna, że będzie chłodniej, ale mocno się pomyliła. Całe szczęście, że założyłam krótkie spodenki, bo bym się chyba ugotowała!

Następny w odwiedziny wpadł Włodek, który w wolontariacie najpierw był w strefie mety a potem "na potrzeby organizatora". Biegał sobie wszędzie.
Od lewej: ja, Magda, Ania, Włodek //Fot. Tomasz Kłosek
Fot. Tomasz Kłosek

Odwiedziny zawsze miłe, bo nam się nudziło. Narzekałyśmy, że u innych przedziały zapełniają się workami a u nas nic. 
Później śmiałyśmy się, że nie umiemy liczyć i jak my te worki ogarniemy, zwłaszcza, że nie było szans, aby na jednej linii zmieściło się 50 worków. Za dużo cyferek, zresztą po biegaczach też było widać, że próbują ogarnąć te cyferki zerkając co chwilę na swój numer. Później gdy już kilka worków leżało to było łatwiej się połapać.  

Fot. Magda Młodożeniec

Jak Magda policzyła, to u nas leżało z 70 worków. Mało, ale też w którymś przedziale było tylko z 5 worków. Niektóre worki były leciutkie, a inne tak ciężkie, że się dziwiłyśmy co ktoś tam naładował. W jednym worku z plecaka wystawało coś co nam się korzyło z lufą. :D Jak chodzili panowie policjanci i pytali czy słyszymy tykanie, to powiedziałam, że nie, jedynie jakąś lufę widać. ;)

Worki przybywały, gdy w odwiedziny wpadła trójka Teamowych biegaczy: Wojtek, Magda i Kamil... Właściwie przyszli z wielkim hukiem, bo Kamil udawał pijanego, znaczy wiochy nam narobił. :D W końcu wypił bezalkoholowego Radlera, którego tam rozdawali. ;)
Żartowaliśmy, że Kamil mógł tutaj zaparkować auto, to byśmy sobie klimę włączyły i na zmianę w samochodzie siedziały. :D

Od lewej: Wojtek, Magda, Kamil
Gdy nie było już żadnych biegaczy, bo wszyscy byli już gotowi na bieg lub już wystartowali to zdecydowana większość wolontariuszy poszła na świeże powietrze. A i oprócz wolontariuszy w depozycie kręciła się też ochrona. Jak wcześniej wspominałam, świeże powietrze pachniało szambem, ale było przynajmniej chłodniej. ;)


Na "świeżym powietrzu" spotkałyśmy też Natalię, która miała rozdawać medale, ale zmienili jej miejscówkę na wpuszczanie VIPów.

Fot. Tomasz Kłosek

Natalia i Włodek //Fot. Tomasz Kłosek
Gdy Włodek skończył swoją pracę, a my nadal byłyśmy w depozycie, powiedział, że VIPy mają jedzenie i że Natalia tam wpuszcza, więc i jego wpuszczała... Powierciłam mu dziurę w brzuchu by coś do jedzenia przyniósł. :D Przyniósł ciastka, dla mnie, dla Magdy i dla Ani. Poziom cukru uzupełniony. ;)

Depozyt był czynny do 23:30, ale już do 23:00 większość odebrała swojego rzeczy i pozostały pojedyncze worki, które kazano nam przenieść na początek w jedno miejsce.

Fotka worków też jest, i ja i Magda mamy na tle worków i się śmiałyśmy, że to jak na wysypisku śmieci. :D


Na koniec dorzucę, że jak dojechałam do domu to się zdołałam tylko przebrać i od razu padłam na łóżko, a co mi się śniło? Depozyt!
A i na ból pleców dobrym pomysłem okazało się użycie rolki. ;)

niedziela, 24 lipca 2016

Wolontariat (23-07-2016)

Wolontariat - od dawna chciałam spróbować, zobaczyć jak to jest po drugiej stronie biegu. Pierwsza próba wolontariatu przy pewnym biegu okazała się niewypałem, bo gdy się zgłaszałam, to lokalizacją była Warszawa, a tuż przed zmieniło się na Modlin. I właściwie 2 dni przed dostałam informację o tym kiedy i o której zbiórka. Aż się zaśmiałam.

Zbliżał się bieg Powstania Warszawskiego, krążyło info, że jest mało wolontariuszy, to wraz ze znajomymi zgłosiłam się. Informacje wysyłali na długo przed biegiem, później jeszcze potrzebowali potwierdzenia na 100% i pomyślałam sobie, że super, że informują o tym tak wcześnie, a nie dwa dni przed.
Na stronie wydarzenia na FB było rozpisanych wiele stref do wolontariatu i liczyłam, że zrobią wcześniej jakieś spotkanie informacyjne, zapytają się gdzie chcesz być, ale się przeliczyłam. Na kilka dni przed biegiem nikt nie dostał żadnego emaila. Już mieliśmy się same dopytywać co i jak, bo godzinowo było to rozległe i nie wiadomo jak sobie dzień zaplanować, gdy na 3 dni przed biegiem dotarł email.
Odkąd się zapisałam to trzymałam kciuki by nie był to depozyt. Brałam udział w tym biegu rok temu i z depozytu pamiętam, że była straszna duchota...Zresztą znajoma napisała w emailu gdzie chciałaby być, w czym pomagać. Żadna z nas trzech nie chciała depozytu a wszystkie tam trafiłyśmy. :D
Zbiórka o 18:00, a praca do 23:30, choć na początku w wydarzeniu na FB była mowa o pracy do 22:30 i chyba sporo osób wysyłało emaile w tej sprawie, bo dostałyśmy jeszcze jednego emaila, że to do 23:30. Bieg rozpoczynał się o 21.



Dotarłyśmy na miejsce zbiórki, dostałyśmy identyfikator i koszulkę i kazano nam się w nią już teraz przebrać, na środku uliczki, więc po prostu te bawełniane koszulki założyłyśmy na te, które miałyśmy na sobie. Po "przebraniu" poszłyśmy do depozytu. Rok temu były dwa dystanse i depozyty były w dwóch miejscach, tym razem jeden dystans i depozyt mieszczący się na parkingu podziemnym.
Żadnej klimatyzacji, żadnego wiatraka, okropny gorąc. A my jeszcze w dwóch koszulkach. W depozycie bałagan, bo się okazało, że część numerów była zaginiona i kilka dziewczyn zajęło się rozpisywaniem ich. A reszta, w tym i my, po prostu stała i się nudziła. Podobno depozyt działał już od 17. Dobrze, że te identyfikatory były takie duże, to robiły za wachlarz.
Jako, że byłyśmy w tej grupie, która tylko stała i się przyglądała (nawet nie było gdzie usiąść, chyba, że na zimnym, brudnym podłożu parkingu) to pani, która nas nadzorowała(?) wyjaśniła funkcjonowanie depozytu i ustawianie worków na wyznaczonych liniach, a także co zrobić, gdy jakiś biegacz zapomniał worka depozytowego. I tyle. Chciałyśmy być razem na jednym odcinku depozytowym i znalazłyśmy sobie miejsce na początku, w oświetleniu miejscu i tam gdzie linie były rozbite na 50 numerów (te dłuższe na jednej linii miały zmieścić 300 woków). Pani nadzorująca nie mogła przetrawić, że jesteśmy we trzy i powiedziała, że jesteśmy wrednymi, upartymi babami. Ostatecznie i tak Ania musiała przejść do kogoś innego, gdzie dziewczyny nie ogarniały ilości worków, ale przez chwilę była nas czwórka, bo w odwiedziny wpadł znajomy - Włodek, który też był wolontariuszem, ale w innej strefie, więc jak nas sobaczyła pani nadzorująca to mało coś jej nie strzeliło. A mogło, może zrobiłaby się milsza.
W międzyczasie, ja i Magda pozbyłyśmy się bawełnianych koszulek zostawiając te, w których przyjechałyśmy - techniczne koszulki teamowe - Rembertów Team.
Każda para wolontariuszy dostała też zgrzewkę wody. Im bliżej biegu tym więcej biegaczy odwiedzało depozyt, choć na dworze było ciepło, więc uznałyśmy, że pewnie wielu nie będzie korzystało z depozytu. Ogółem w naszym przedziale było niewiele worków.
Gdy już biegacze zawinęli się na start w depozycie czekała policja z psem by pies obwąchał wszystkie worki. Policjanci powiedzieli, że jak usłyszymy w którymś worku coś tykającego to mamy uciekać. :P Gdy pies niczego nie znalazł wyszłyśmy na zewnątrz, chwila świeżego powietrzna.... to znaczy na ulicy strasznie szambem śmierdziało, ale przynajmniej było chłodniej. Chwilę postałyśmy i zaraz pierwszy biegacz szedł w naszą stronę. Gdy startowała ostatnia strefa czasowa to na metę dobiegł już pierwszy biegacz. Znów trzeba było zejść do sauny i tym razem wypatrywać biegaczy z przedziału, by oddać im rzeczy. Jako, że Włodek skończył wcześniej, to z budynku w którym były "vipy" przyniósł nam kilka ciastek. Chwilę po 23. był koniec pracy...

Od lewej: Magda, ja i Ania //fot. Magda Młodożeniec

To nie wszystko, bo w wydarzeniu na FB była mowa o koszulkach 4F, przez co nam ubzdurało się, że dostaniemy techniczne, a nie bawełniane...  W każdym razie nie tylko nam coś nie grało z tymi koszulkami. Te co dostałyśmy nie były nawet 4F, są czerwone ze zwykłym napisem "Bank Polski" i "WOLONTARIUSZ". Liczyłam, że może będzie na nich coś wspomniane, z czego konkretnie ta koszulka to znaczy z którego biegu, jakieś logo biegu, a nie taka ogólna... Ktoś z wolontariuszy pytał nadzorującej pani o koszulki 4F, to ona wzruszyła ramionami i coś tam mało miłego odpowiedziała. Podobno to koordynatorzy grup mieli o to zadbać... Na koniec odesłała nas do budynku, w którym była pani, która nam emaile o wolontariacie wysyłała. Grupką osób zebraliśmy się i poszliśmy zapytać o koszulki i o medale, bo też była mowa o tym, że je dostaniemy... Gdy wyszła do nas ta odpowiednia pani, to usłyszeliśmy, że "skąd ona nam weźmie te koszulki", a jak chcemy medale to możemy sobie iść do strefy mety, bo one tam jeszcze powinny wisieć. Serio? Stałam 5 godzin w saunie bez jedzenia, (bo skąd mogłam wiedzieć, że mi nawet banana nie dadzą, w wolontariacie byłam po raz pierwszy w życiu), a ta mi mówi, że mam sobie iść gdzieś tam po medal? Akurat ktoś przyniósł pudełko z medalami, więc sobie każdy mógł wziąć z pudełka. Pani zdołała też z siebie wymusić podziękowania (tak, brzmiały na bardzo wymuszone). Pani nadzorująca nas w depozycie nawet tego z siebie nie wymusiła. Dla tych, którzy dotarli do budynku okazało się, że mogą też coś zjeść, bo dla vipów był catering. Rozumiem, że nie można było wszystkich w tym depozycie poinformować "jak chcecie coś zjeść, to w budynku jest catering i jeszcze jedzenie zostało". Ja już nie miałam siły na jedzenie. Bolały mnie plecy i jak usiadłam na krześle to pomyślałam, jak dobrze jest usiąść, a jak posiedziałam to jeszcze 2 ciastka zjadłam. ;)
Akurat był tam jeszcze jeden z zaproszonych Powstańców i okazało się, że ma trochę wspomnień. związanych z Rembertowem.


***
Podsumowanie:
Nie planuję powtarzać wolontariatu. Podobno w pierwszej turze zgłosiło im się wiele osób, ale już w potwierdzaniu na 100% sporo się wykruszyło, to chyba tym bardziej powinni zadbać o swoją postawę i atmosferę, by później ktokolwiek chciał się tam zgłaszać.
Spodziewałam się innej, sympatyczniejszej atmosfery. Oprócz niemiłej pani nadzorującej w trakcie działania depozytu biegała też inna pani, która pytała czy wszystko w porządku, i ta była ok.
5 godzin stania sprawiło trochę bólu pleców, zwłaszcza gdy obudziłam się dziś rano.

Jako biegacz zawsze jak coś oddaję i odbieram z depozytu to mówię "dziękuję". Wielu biegaczy też było tak uprzejmych i także dziękowali. :) Tak, to miłe!

poniedziałek, 18 lipca 2016

NRC H,I.T (18-07-2016)

Dziś wiele rzeczy mi nie szło, nie chciało współpracować. Taki zły dzień.
Pół dnia zastanawiałam się nad treningiem NRC H.I.T.
Jechać czy nie jechać, chce mi się czy mi się nie chce, a tu coś boli, a to pogoda nie zachęca...
ALE... trening w opisie miał stabilizację i skoczność.

Ostatnio treningi NRC są dla mnie dobrym oderwaniem od stresu, bo zbliża się pewne coś, którym coraz bardziej się stresuję, a tak godzina treningu wymaga skupienia. Na trening jadę zmęczona i brakiem energii, a po treningu baterie naładowane, mimo, że wycisk jest. ;) Magia. :D

Dzisiejszy trening odbywał się na boisku plażowym w centrum Warszawy.

Trening rozpoczął się rozgrzewką, czyli biegiem w narastającym tempie. Jako, że wiele rzeczy nie chciało dziś ze mną współpracować, to zegarek też nie chciał, ale co tam, dystans, czyli 3 km naliczył. ;)
Potem było dogrzanie mięśni i zaczął się trening właściwy.
10 stacji, 2 serie. Na każdej stacji ćwiczenie wykonywanie 30 sekund i szybkie przejście do następnego ćwiczenia.
Jak większość uczestników, zdjęłam buty i biegałam na boso po piasku.
Nie było łatwo. ;)

Na koniec starty sytuacyjne z różnych dziwnych pozycji, był też bieg tyłem, później trucht i kilka ćwiczeń rozciągających.

Woda i arbuz po za kończeniu treningu.



środa, 13 lipca 2016

NRC Speed Run (13-07-2016)

Wczoraj wypełzłam na wolne człapanie, tak na rozruszanie się po wycieczkach pieszych po górach.  Aż zdziwiona byłam, że doczłapałam do 5 km i... powiedziałam sobie, że ostatni raz wyszłam po biegać zaraz po zjedzeniu obiadu. ;) Głowa chciała odpuścić po 2 km, ale "jeszcze kawałek", a potem "jeszcze jedno kółko".


Dzisiaj, po przerwie, zebrałam się na trening NRC - Speed Run. Wiedziałam, że będzie szybko. W opisie była mowa też o blokach startowych (tak, trochę przerażenia przy tym miałam ;)).

A było tak.

Najpierw długa i porządna rozgrzewka, później przygotowanie to wystartowania z bloku. Każdy musiał blok dopasować do siebie. Lekki stresik był, aby nie wyrżnąć na tartan, ale jakoś poszło. Zaraz potem był trening właściwy, czyli... 300 m, 200 m, 150 m w 5 seriach. Brzmi łatwo i przyjemnie?
300 m w tempie życiówki na 5 km, 200 m w tempie życiówki na 1500 m i 150 m w tempie na maksa. :D
Oczywiście moje życiówki daleko odbiegają od najwolniejszej grupy (grupa z życiówka na 10 km 55+ min), ale co zrobić, trzeba próbować przełamywać swoje "nie mogę".

Pomiędzy seriami była minuta odpoczynku, ale jakoś błyskawicznie zleciała, pomiędzy odcinkami też była jakaś krótka przerwa.
Pot się lał. Powtarzane w głowie "oddychaj!" Pacerka przypomina o pracy rąk, a coach o trzymaniu się blisko pacerki i motywowaniu, by nie odpuszczać. "Oddychaj!" Już przy 4 serii coraz większą przestrzeń miałam od grupy, dostałam kilka wskazówek jak biec, czyli się rozluźnić i stawiać mniejsze kroki w rytmie, już mi prawe łzy z oczu ciekły - walka w głowie by się nie zatrzymać w połowie odcinka. Odpuściłam w ostatniej serii pierwsze 300 m, bo z kolki nie mogłam wybrnąć, kolejne - dwa ostatnie odcinki jakoś docisnęłam.

Gdzieś tam w głowie przetaczające się pytanie:
"Żyjesz? Żyję". 

Na koniec świński trucht i rozciąganie.

Mimo zalania potem i zmęczenia to... głowa się przewietrzyła i jakoś tak radośniej. ;)


sobota, 9 lipca 2016

Wyprawa w Karkonosze (2016)

2 lipca wyjechaliśmy (z mężem i psem) w góry, a konkretniej w Karkonosze, ponieważ wiedziałam, że tam można chodzić z psem. Pierwsza wyprawa wakacyjna z psem, ciekawiło nas jak to będzie, ponieważ Lili podczas spacerów w Warszawie nie chciała ciągnąć na szelkach (za to świetnie ciągnęła na obroży), w końcu plan był taki, że będzie mnie wciągała na szczyty gór. ;) Kupiliśmy jej też energetyczne ciastka, gdyby zabrakło jej energii, choć przed wyjazdem mówili nam, że to niemożliwe, aby Lili ich potrzebowała. ;)
Spakowałam też buty do biegania, bo liczyłam, że zdołam w Karpaczu chociaż trochę pobiegać, ale jak mi z tym bieganiem wyszło albo nie wyszło to dowiecie się pod koniec tego wpisu.


Dnia pierwszego, po przyjeździe odpoczywaliśmy, bo ponad 5 godzin w samochodzie dla wszystkich było męczące.
Dnia drugiego z rodziną (męża brat z żoną Danutą i synem Rafałem), która na wakacjach przebywała w pobliskiej Szklarskiej Porębie umówiliśmy na łażenie po ich okolicy. Artur brał udział w półmaratonie, więc z jego żoną (Danutą) powędrowaliśmy nad Wodospad Kamieńczyka, a później gdy Artur już był po półmaratonie przeszliśmy kawałek w mieście. Kurczę, ależ to górzyste... ;) ALE, okazało się, że pies jednak ciągnie na szelkach!



Po powrocie do naszego miejsca noclegowego pies padł. Padła już w samochodzie, co jej się nigdy wcześniej nie zdarzyło. ;)

Dzień później, czyli 4 lipca postanowiliśmy zdobyć Śnieżkę, ponieważ na ten dzień prognozy pogody były sprzyjające. Lili świetnie ciągnęła pod górkę. Wybierając krótszą drogę na szczyt wspaniale mnie tam wciągnęła - ludzie się śmiali, że mam doping, bo widzieli, że pies mnie ciągnął, trochę pewnie zazdrościli, że mam taką pomoc. ;)


Śnieżka.

Udało się - Śnieżka zdobyta!



Lili ;)
Widok ze Śnieżki. 
Jednak... okazało się, że... Lili ciągnie też z górki.
Może Śnieżka to dla wielu mała górka i zejście z niej to nic takiego, ale schodzenie z niej z psem, który bardzo ciągnie jest bardzo męczące. Całą swoją siłę wykładałam w to, by się nogami zapierać (pies miał smycz z amortyzacją podpiętą do mojego specjalnego pasa, tak bym nie musiała smyczy w rękach trzymać), by nie zjechać po kamieniach, a potem po jakimś żwirze czy co tam było... Pod koniec już bluzgałam pod nosem i się prawie popłakałam, a jak Lili na chwilę odpuściła to mi nogi drżały. No i bolały kolana. Porządny trening siłowy. Zastanawiałam się czy następnego dnia dam radę wstać z łóżka...


Oprócz wyprawy na Śnieżkę przeszliśmy się po naszej okolicy i wskoczyły dodatkowo 3 km spaceru.

Następnego dnia, zgodnie z przewidywaniami miałam spore problemy z poruszaniem się, schodzenie po schodach było masakrą, zresztą schodzenie z górki też. A tu już był plan na kolejną wycieczkę.
Żałowałam, że zapomniałam z domu rolki, ale to nie była jedyna rzecz, której zapomniałam. Zapomniałam też pasa do pulsometru, więc spadły mi chęci na bieganie.

5. lipca odwiedziliśmy Zamek Chojnik, na szczęście po wdrapaniu się na niego nie musiałam już z psem schodzić. Radochę ze schodzenia z psem miał Rafał.




Później na rozruszanie moich obolałych nóg wpadł spacer na 2,7 km.


6. lipca powędrowaliśmy sami, bo tamci wybrali się na wycieczkę do Pragi. Z kilku opcji do wyboru mąż wybrał jakieś skałki na Karpatce (kojarzy mi się to tylko z ciastem ;)). Przeprawiliśmy się przez zaporę na rzece - Lili jest strasznie ciekawa wszystkiego i było ryzyko, że zechce wystawić łeb za daleko i trzeba by ją wyławiać. Najpierw poszliśmy nie w tą stronę co trzeba, gdy wróciliśmy i poszliśmy dobrze na luzie przechodząc przez skały (już na początku wyjazdu zastanawiałam się czy Lili w poprzednim wcieleniu nie była górską kozicą ;)) doszliśmy do polany, która była punktem widokowym. Nie chciało nam się wierzyć, że to już, zeszliśmy z górki i wróciliśmy tą samą drogą, ale w lesie zaciekawiła mnie ścieżka odbijająca w górę i poszliśmy, nie miała oznakowania, ale widać było, że to ścieżka. Wiało mocno, drzewa skrzypiały, mi uruchomiła się wyobraźnia, ale dotarliśmy na szczyt do jakiś skał. Psa dużo bardziej interesowały patyki do gryzienia i położenie się gdziekolwiek, aby je gryźć, tylko, że to gdziekolwiek było też zboczem góry... ;)


Pochodziliśmy też po małym centrum Karpacza, a aby ludzie nam nie zaczepiali psa, założyliśmy jej kaganiec licząc, że doda to groźności i nikt nie będzie cmokał i machał palcami przed jej pyskiem. Kaganiec się sprawdził. :D Ludzie uznawali, że skoro pies ma kaganiec to z pewnością jest niebezpieczny (to słowa jednego pana, jak tłumaczył dziecku co pies ma na pysku). ;)


7. lipca wybraliśmy się do Schroniska Samotnia.
Reszta rodziny do nas nie dołączyła, bo Artur się rozchorował.
Pies ciągnął do góry - fajnie. :D
Oprócz odwiedzenia Schroniska Samotnia zawędrowaliśmy też kawałek wyżej, bo to tylko 15 minut drogi do drugiego Schroniska - Strzecha Akademicka. Tam też podziwiając widok zagadała pewna pani i nieco wzruszająco się zrobiło w rozmowie o psach, o wiernym przyjacielu człowieka - psie.
I mi i jej zakręciła się łezka w oku.

W drodze do Schroniska Samotnia.

Przy Schronisku Samotnia.


Tym razem także pies ciągnął w dół, ale podłoże było lepsze niż schodząc ze Śnieżki albo to moje nogi się wzmocniły i już tak nie bolały. ;)

To nie koniec dnia, bo... kiedyś bez pulsometru jakoś biegałam... ;)

Tak, założyłam buty do biegania. Mąż wziął psa i cześć drogi pokonaliśmy razem, z tym, że on szedł a ja coś tam biegał i wracałam do niego, gdy za daleko pobiegłam i tak przez jakiś czas, bo potem się zmęczyłam takim krążeniem. Nie... wróć. Ja się zasapałam na pierwszym kilometrze, bo było ostro pod górę. :D Później było z górki, planowałam 3 km, ale zachciało mi się dobić do 5 km i jak zbiegłam z górki to trzeba było jeszcze jakoś wrócić...


Czasem się nie pochwalę, bo to było moje najwolniejsze w życiu pięć kilometrów. ;)
Zresztą co tam czas, liczy się sam fakt tego, że jednak wyszłam poczłapać w Karpaczu.
Trening jest.


8 lipiec.
Miało być krótko, bo pies po każdym powrocie z wycieczki od razu szedł spać, a jak przychodziło do wieczornego spaceru to tylko podnosiła głowę i oczy jej się same zamykały, więc tym razem miało być spokojnie, bez żadnego wspinania się, bez kilkugodzinnego chodzenia.
Dołączyła do nas reszta rodziny i spotkaliśmy się na parkingu przed Wodospadem Szklarka. Zapłaciliśmy za wstęp, przeszliśmy 300 metrów i już był wodospad.
Głupio wracać, więc poszliśmy dalej. Drogowskaz mówił, że do Schroniska pod Łabskim Szczytem są 2 godziny drogi. Poszliśmy. Szliśmy taką drogą, że parę razy zwątpiliśmy czy to na pewno jest aktualny szlak, bo droga była zryta przez jakieś koparki. Jednak na drzewach był namalowany niebieski szlak.
Spory kawałek szliśmy, zdawałoby się, że po płaskim, gdy w końcu zaczęła nam się "wspinaczka" w górę. Wspinanie się po kamieniach, obstawialiśmy, że na pewno jest jakiś inny, prostszy szlak i że ja na pewno tym szlakiem z psem nie będę schodziła. Przez długi czas nikt przed nami ani za nami nie szedł, więc potęgowało zwątpienie czy my w ogóle gdzieś dojdziemy.
W pewnym momencie, gdy już mi sił brakowało załączyłam odpowiednią aplikację i liczyłam, że w tym lesie złapie moją lokalizację, by zobaczyć czy daleko jeszcze. ;) Na szczęście było już blisko. ;)


W drodze powrotnej psa przejął ponownie Rafał, bo okazało się, że musimy zejść tą samą drogą, którą wchodziliśmy. :D Miał być krótki spacer a wyszła kilkugodzinna wyprawa, ale było fajnie. :D


***
Codziennie była wycieczka, codziennie było zmęczenie, nawet u naszego psa, więc psie ciastka energetyczne też się przydały.
Sporo psów mijaliśmy na szlakach, więc pewnie jeszcze w Karkonosze wrócimy, bo wiele szlaków do przejścia pozostało.