.

.
Fot. FotoMaraton.pl

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Wycieczka kajakiem (27-08-2016)

Wrócę jeszcze na moment do sobotniego dnia. We wczorajszym wpisie wspomniałam o bolących mięśniach po wyprawie kajakowej.
Rodzina zabrała mnie na kajaki, a konkretnie (Artur) brat mojego męża ze swoją żoną (Danutą) i synem (Rafałem). Mój mąż w tym czasie przebywał poza Warszawą.
Jak mi to zaproponowali to się zgodziłam, ale w środku zawrzało od stresu, ponieważ kajaki kojarzą mi się z czymś bardzo niestabilnym, co łatwo się przewraca...
Nigdy nie pływałam kajakiem ani nawet przez sekundę w nim nie siedziałam. Próbowałam sobie przypomnieć czy kiedyś płynęłam w zwykłej małej łódce i po długim przeszukiwaniu wspomnień coś zaświtało, że jednak zdarzyło mi się płynąć łódką.
Poczytałam trochę o kajakach... ale nastał następny był stres co zrobić z telefonem, bo aby porobić zdjęcia musiałam go wziąć, ale w co go zapakować by go nie zamoczyć. Ostatecznie wsadziłam go do woreczka, spakowałam buty do morsowania, jedzenie i picie... i mogłam ruszać.

Niecałe pół godziny drogi od domu można wybrać się na kajakową wycieczkę. Bus wywozi chętnych w miejsce startowe, a potem by płyniemy do miejsca zostawienia samochodu.

Ubrana w kapok (skąd miałam wiedzieć, że rzeka po całości jest tak płytka, że wstyd kapok zakładać ;)) władowałam się do kajaka z przodu. Artur siedział z tyłu.
Poniższe zdjęcia nie są w kolejności płynięcia, ponieważ nie pamiętam co kiedy było. :D 


Na początku było tłoczno, gdy wszyscy wypłynęli ale później się przerzedziło. Znaczy... korkowało się przy przeszkodach. :D
Fot: Artur Bielec

Fot. Artur Bielec

Fot. Artur Bielec

Fot. Artur Bielec

Fot. Artur Bielec
Muszę dodać, że czułam mięśnie swoich ramion, a trzeba było płynąć dalej. Miałam spore problemy z kierowaniem kajakiem, jakoś zawsze mi się myliły kierunki, no i jak płynęliśmy bez wiosłowania i kajak sam skręcał w krzaki to wiedziałam, że Artur robi zdjęcia. :D
Mi też udało się parę razy wygrzebać telefon i pstryknąć nawet selfie. :D



 Rzeka płytka, więc wystawało dużo kamieni i kłód, niektóre przeszkody miały u nas kilka prób pokonania, a jak trzeba było przepłynąć między kamieniami i się staraliśmy je ominąć, to jakoś zawsze na jakiś wpływaliśmy. :D

Fot. Artur Bielec

Fot. Artur Bielec
Raz przez parę minut sama musiałam kierować kajakiem, omijać gałęzie i kamienie, bo Artur rozmawiał przez telefon. Kierowanie kajakiem i wiosłowanie to duży wysiłek dla kogoś kto ma słabe ręce (bo rąk nie ćwiczy ;)). Na szczęście w miarę sprawnie mi to poszło. :D

Fot. Danuta Bielec
Było kilka miejsc, gdzie nurt był silniejszy i trzeba było dobrze manewrować. Trzeba było też być skupionym na tym co jest z przodu by nagle nie zderzyć się twarzą we zwisającą gałęzią (na szczęście zdążyłam w porę schylić głowę). :D
Raz też musieliśmy przenieść kajak, a parę razy tylko Artur wstawał i ciągnął go na nieco głębszą wodę. Kilka razy nalało nam się wody do kajaka, ale po sprawdzeniu na mapie ile jeszcze drogi przed nami zostało uznaliśmy, że nie opłaca się męczyć z wylewaniem wody i tak siedzieliśmy w wodzie. :D
Kajak się chwiał tylko wtedy kiedy Artur się wiercił i obracał do tyłu aby zrobić zdjęcia pozostałym osobom z naszej ekipy. :D



Ogółem wyszło 12 km i niecałe 4 godziny pływania.
Było super!
Cisza, spokój...
Troszkę emocji przy różnych przeszkodach...
Na pewno chcę jeszcze raz popływać kajakiem. :D

.





niedziela, 28 sierpnia 2016

Piątka Praska (28-08-2016)

Dawno nie robiłam treningu biegowego, chciałam w ostatni czwartek, ale... w środę wybrałam się z rodziną na wycieczkę rowerową w której uzbierały się 53 kilometry. Na drugi dzień wieczorem po przebiegnięciu kilometra odpuściłam, bo moje mięśnie nóg potrzebowały więcej czasu na regenerację.

Dziś wzięłam udział w biegu towarzyszącym BMW Półmaratonu Praskiego, czyli w biegi na 5km - Piątka Praska.
Tak mi się nie chciało... Górne mięśnie ciała bolą mnie po wczorajszej wyprawie kajakowej... Nie planowałam na konkretny czas, planowałam "byle dobiec w limicie czasowym" ;).
Nie wiem kiedy ostatni raz zrobiłam trening biegowy, więc się nie spodziewałam nie wiadomo jakiego czasu, sama dla siebie wolałam się zmieścić do 37 minut. 



Rembertów Team.



Start o 8:30 i już wtedy było na dworze gorąco. Tojtoja nie zahaczyłam, bo za duże kolejki były, a jak wystartowałam to trochę żałowałam. :P
Do drugiego kilometra biegłam z jakimś panem, bo zauważyłam, że biegł równo, ale w którymś momencie odskoczył na chodnik, bo na chodniku był cień i już go straciłam z oczu.
Zeszło mi się do marszu przed 4 km, bo nie wiem co, chyba słońce za mocno mi w głowę grzało... ALE jest postęp, bo kiedyś miałam problem aby sama (bez schodzenia do marszu) przebiec kilometr, a teraz wydłuża mi się do 3 km, zanim zacznę się zastanawiać co ja tutaj robię. ;)
Na prostej drodze było widać coś, co wyglądało jak meta, właściwie to w tamtym momencie drogi biegu na 5 km i półmaratonu się rozchodziły (wcześniej biegli wszyscy razem). W każdym razie widząc to, co wyglądało jak meta dużo ludzi mocno przyspieszało, mi się coś na zegarku z długością trasy nie zgadzało i pamiętałam, ze bieg miał się skończyć w parku... Mijając ten element na trasie okazywało się, że jeszcze kawałek do mety jest. Ogółem zmieściłam się poniżej 37 minut. :)

Mój medal. :)


Jak już dotarłam do depozytu i odebrałam swoje rzeczy to nie wiedziałam czy czekać na znajomych, którzy biegli półmaraton czy nie, jak zmierzałam do stacji SKM to się dowiedziałam, że mogę mieć problem z przejściem przez ulicę, bo tam trasa biegu była, więc krążyłam trochę "tam i z powrotem" zastanawiając się czy czekać na resztę teamu czy nie... Spojrzałam na zegarek i stwierdziłam, że już poczekam. Nie wiem ile metrów przed metą stałam, w miejscu w którym nie było raczej kibiców i.... mimo, ze już byłam zmęczona, to klaskałam tym co kończyli bieg półmaratonu, ale to ile osób w czasie - powiedzmy 30 minut - się uśmiechnęło czy jakkolwiek zareagowało to można było policzyć na palcach jednej ręki. Ktoś mi przybył piątkę, ktoś powiedział "super". Do mety pognało kilku znajomych, więc zmęczona staniem i klaskaniem zawinęłam się i poszłam pod depozyty. Tam też odnalazłam znajomych i po długim, długim czasie poszliśmy na pociąg. 

Zmęczeni. ;)


piątek, 19 sierpnia 2016

Bieg na czas z psem (18-09-2016)

Gdy rok temu dostałam info o organizowanym biegu w którym można pobiec z psem uznałam, że to dużo za wcześnie, bo mój pies taki nieogarnięty. Może za rok.

Rok później...

Oznaczono mnie na FB pod postem o zorganizowaniu w mojej okolicy treningu biegowego z psem, który może poprowadzić osoba profesjonalnie zajmująca się bieganiem z psem, startowaniem w różnych biegach. Jakoś w tym samym czasie klub Rembertów Team wrzucił informację o organizowanym biegu w Międzylesiu.
Przejrzałam stronę, przeczytałam regulamin i dowiedziałam się, że można startować z psem lub bez psa, biegiem lub maszerując na dystansie 5 km lub 10 km, a limit czasu to 2 godziny.
Data to 18 września 2016.


Ze swoim psem na bieganie wybrałam się raptem 2 razy, ale może to by było dobrą motywacją, by do czasu biegu pobiegać z nią więcej. I może zdąży się bardziej ogarnąć. :D

Tak, mój pies nadal jest nieogarnięty jak widzi innego psa, wtedy ja dla swojego bezpieczeństwa schodzę do marszu, ale nie dlatego, że mój pies kogokolwiek zaatakuje, a dlatego, że moja Lili wiecznie chce się bawić. Muszę się wziąć za lekturę i poczytać w internecie o bieganiu z psem.


No dobra, zapisałam się na dystans 5 km.

Opłata startowa biegu to tylko 20zł, każdy kto ukończy bieg w wyznaczonym czasie dostanie medal.
Dodatkowo na konto Fundacji lub na miejscu do puszki można przekazać pieniądze dla zwierząt.

Więcej informacji:
FB: https://www.facebook.com/zabierzpiesiadomiedzylesia/
Zapisy: http://www.bieg.argos.org.pl/





czwartek, 11 sierpnia 2016

Na piechotę + bieganie (11-08-2016)

Zachciało mi się dziś wyruszyć "na miasto" na piechotę. Kiedyś, w innym mieście, nie opłacało mi się jeździć autobusem, bo co to jest przejść kilka przystanków. Pod tym względem Warszawa mnie rozleniwiła, bo do centrum mam kawał drogi, a nawet jakbym chciała wyruszyć na piechotę to z dzielnicy nie ma nawet ludzkiego - chodnikowego wyjścia, połączenia z resztą miasta. Jest pobocze. Raz się tamtędy przeszłam, gdy był wypadek, autobus miał gigantyczne opóźnienie i nie dałam rady dojechać na trening, wysiadłam wtedy na pierwszym przystanku do którego dojechał autobus i pognałam z buta do domu. To wtedy na tym poboczu ochrzaniła mnie rowerzystka mówiąc, że to ścieżka rowerowa - coś jej się solidnie w głowie pomieszało, bo ścieżka to dopiero w planach jest. W każdym razie dziś się wybrałam, miałam wczoraj i przedwczoraj, ale w obydwa dni lało. Dziś już świeciło słońce. Jak słońce świeciło to gorąc straszny, gdy tylko je chmura przykryła to zimno jak nie wiem co. :P Jak wyszłam z domu to po przejściu 1,7 km wsiadłam w autobus, aby pominąć pójście poboczem (nie byłam pewna, czy tam w ogóle jest przejście, bo jadąc samochodem widziałam, że tam jakieś wykopy na fragmencie chodnika były, a ulicą bym iść tam nie chciała). Wysiadłam na pierwszym przystanku gdzie zaczynał się chodnik. ;) Przez pogodę raz się gotowałam i rozpinałam bluzgając w myślach na co mi ta bluza, a krótko potem cieszyłam się, że ją mam. I tak całą drogę. :D Jak tak szłam to sobie myślałam "taki kawał drogi już przeszłam", ale zerkałam na zegarek i okazywało się, że to ledwo kilometr. :D Poszłam do centrum handlowego, część drogi powrotnej też wróciłam na piechotę. Jak sobie pomyślałam o czymś co mnie wkurza, to przyspieszałam. Takie "wychodzenie" złości. ;) Łącznie wyszło mi 8 km. I czułam zmęczenie. Jak dotarłam do domu to zmęczenie zwyciężyło i zasnęłam. Tylko na godzinkę (z nastawionym budzikiem), nie wiem jak to się stało, że zrobiły się 2 godziny. Planowałam jeszcze pobiegać. Plan zrealizowany, choć bez biegania po stadionie (bo pustki w biegaczach, a piłkarze tym razem grali mecz). Wybiegałam 5 km, aby dobrze mi się spało. ;)


sobota, 6 sierpnia 2016

NRC - unlimited (5-8-2016)

Wczoraj wzięłam udział w specjalnym treningu Nike+Run Club - Biegaj bez ograniczeń.

Opis treningu był bardzo tajemniczy i nie wiedziałam dokładnie czego się spodziewać:


Na środku stadionu był namiot, leżaki i mała scena... 



Po odhaczeniu się na liście obecności trzeba było wybrać grupę tempową, były trzy do wyboru, na najszybszą nawet nie patrzyłam, a potem była 6:30 min/km i 7:30 min/km, już brałam tą ostatnią, standardowo najwolniejszą, ale pacerka Kasia zaczęła przekonywać do szybszej, że przecież mnie na to stać i... wzięłam szybszą grupę. To mój pierwszy trening, w którym odważyłam się na szybsze tempo. Myślałam, że bieganie będzie po stadionie, więc uznałam, że się nigdzie nie zgubię i najwyżej przejdę do grupy wolniejszej. Po wzięciu opaski, każdy dostał też koszulkę.
W oczekiwaniu na trening były do dyspozycji leżaki i napój - ciekawe rozpoczęcie. ;)

Jakie było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że rozgrzewka w narastającym tempie ma być po Polach Mokotowskich. Musiałam się trzymać jakoś grupy, bo w ogóle nie miałam orientacji w terenie, gdzie ja jestem i jak z powrotem trafić na stadion. :D


Po rozgrzewce, zostaliśmy na nowo podzieleni na 3 grupy. Na stadionie czekały na nas 3 konkurencje sportowe. Walczyliśmy drużynowo o najlepszy czas i wynik, za każdą konkurencję były punkty. Ja byłam w grupie zielonej.
Naszą pierwszą konkurencją było bieganie po bieżni tylko, że nie było to takie zwykłe bieganie... :D Nasza grupa została podzielona na dwie mniejsze i jedna część została na starcie a druga część przeniosła się 200m dalej. Miała do wykonania te same zadania. Były do pokonania odcinki 200m.


Pierwsze zadanie należało do 1 osoby, która musiała po prostu przebiec 200m ze sztafetową pałką.
Drugie zadanie wykonywały 2 osoby, tylko że jedna biegła z opaską na oczach a druga ją biegiem prowadziła.
Trzecie zadanie wymagało 4 osób i wysłaliśmy 4 facetów, okazało się, że mieli przez siebie skakać, znaczy przeskakujesz wszystkich, kucasz i pozostali robią tak samo.
Czwarte zadanie dla sześciu osób, więc zabrałam się też ja i... musiałyśmy po prostu przebiec 200m, tyle, że po dobiegnięciu do naszej zmiany musiałyśmy szybko zdjąć buty i kolejna zmiana biegła do mety w naszych butach! :D Dziewczyna, która biegła w moich butach powiedziała, że nawet pasowały i że mierzyła je w sklepie, a teraz już wie jak się w nich biega. :D
Piątym zadaniem było przebiegnięcie kilku osób trzymając się za ramiona. Też podobno było bardzo zabawnie. :D
Ostatnie zadanie polegało na tym samym co pierwsze.

Pierwsza konkurencja zakończona!
Czas na drugą.
Zabawa w murarza. 2 pacerki: Kinga i Anita, musiały nas dotknąć przy przebieganiu przez linię, każda dotknięta osoba ustawiała się w szeregu i tworzyła mur.
W czasie tej konkurencji zaczęło padać. "Przejdzie bokiem" - nie przeszło, lunęło. Przyszła burza. Akurat skończyła nam się zabawa, więc pobiegliśmy pod namiot.

Lało :D

Jedna drużyna dzielnie w ulewie walczyła w bieganiu na tartanie, jak skończyli to skończyła się też ulewa. :D

Ostatnia konkurencja to 3 ćwiczenia, znaczy jedna osoba robi ile ma siłę na maksa a jak słabnie to zmienia ją kolejna osoba. Każdy miał zrobić po jednym ćwiczeniu. Były przysiady, przebieranie nogami na piłce lekarskiej (znaczy dotykając jej) i burpees. Tutaj była zliczana ilość powtórzeń i sumowana za wszystkie ćwiczenia.

Na wszystkie konkurencje był limit czasu.

Po zakończeniu rywalizacji, było nawodnienie, lody i gofry. Każdy dostał też po 'patyczku' do zimnych ogni.
Było też ogłoszenie wyników i okazało się, że moja drużyna zwyciężyła. :D


Następny taki specjalny trening NRC w następny piątek, link do zapisów:  https://www.nike.com/events-registration/event?id=57866 
"Tym razem w Strefie Sportu czekają na Ciebie różnorodne zadania rodem ze sportowych stadionów, a inspiracji dostarczą nam popularne konkurencje lekkoatletyczne. Będziemy trenować siłę, sprawność, skoczność i wytrzymałość. A wszystko to pod okiem profesjonalnych sędziów i z udziałem gości specjalnych. Nad naszą formą czuwać będą jak zawsze nieocenieni Pacerzy".

Fajnie jest być częścią takiego treningu.

Dziś miałam też jechać na trening NTC, ale ostatecznie uznałam, że za dużo treningów pod rząd (środowy intensywny speed run, w czwartek magiczna siła wypchnęła mnie na bieganie i w piątek trening NRC) i lepiej odpuścić.

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Pierwszy trening biegowy z psem (1-08-2016)

1 sierpnia to dobry dzień, aby zacząć. Nowy miesiąc, ciepłe dni... A przechodząc do rzeczy, to... już dawno temu wspominałam o tym, że może kiedyś nadejdzie ten dzień, że pójdę pobiegać z psem.
I dziś nadszedł TEN dzień!

Obaw z tym sporo, bo mój pies potrafi mieć nagłą głupawkę i zerwać się do sprintu, zaczepia (z radości) wszystkich napotkanych ludzi, reaguje (przyjaźnią) na wszystkie napotkane psy, no i wąchanie drzewek, krzaczków, latarni...

Wybrałam się o 19. z nadzieją, że nie będzie tłumów ludzi na chodnikach, że już nie ta pora na spacery. Planowałam pobiec wzdłuż pobliskich torów, ale szybko spotkałam tłok psów, w tym jednego owczarka niemieckiego puszczonego luzem bez właściciela na horyzoncie, więc się szybko stamtąd zabrałam i pobiegałam w innym kierunku z nadzieją na to, że nie spotkam zbyt wielu ludzi z psami. Dobiegłyśmy do torów od innej strony. Próbowałam zrobić selfie, ale mój pies nie przepada za zdjęciami, poniżej jedyne gdzie widać jej pysk, bo tak to udawała, że jej nie wołam byle się do mnie nie odwrócić. :D 



Pobiegałyśmy tu i tam... Znaczy wiecie, początek był strasznie wolny, przez ten psi tłok, odciąganie psa, parę razy zatrzymała się nagle przede mną albo nagle przez jakiś zapach zmieniła kierunek truchtu, no i odciąganie psa od kałuży (Lili uwielbia kałuże, jak ją zobaczy to MUSI w nią wejść, a jeszcze z takim błotem w środku to już miodzio ;)) ale później szło nam coraz lepiej. ;) W międzyczasie przez psa wlazłam też w pokrzywy...

Ogólnie nie było tak tragicznie jak to sobie wyobrażam, pierwsza próba za nami. Na moje szczęście wszyscy napotkani ludzi ignorowali mi psa, ale po wyjeździe w góry asertywność mam już na wyższym poziomie. Czasowo pod koniec szło nam lepiej, ale widziałam, że pieseł nieco zmęczony, w końcu jej pierwsze 6 km pokonane truchtem. ;)