.

.
Fot. FotoMaraton.pl

sobota, 8 października 2016

Skywayrun Military 2 (8-10-2016)

Nie biegam ostatnio, bo...
To nie tak, że mi się nie chce, po prostu taki trudny czas, gdzie nawet bieganie straciło swoją barwę.
Nie, nie wystarczy podnieść tyłek z kanapy, ubrać się i ruszyć. Przytłoczona innymi sprawami brakuje siły na ruszenie.
Może jeszcze kiedyś nadejdzie ten dzień w którym m.in. bieganie znów nabierze barw...

Sprinty do komunikacji miejskiej wystarczają - spróbujcie wbiegać po schodach ruchomych (oczywiście w butach zimowych, kurtce i plecaku/torebce) - mam wrażenie, że nogi bolą mnie jeszcze bardziej niż przy zwykłych schodach. Ostatnio biegnąc pod górkę dołączyłam pracę rąk - tyle się mówi o tym, ze ręce pomagają... Spróbowałam, działa. ;)
(NRC nadal siedzi w głowie i nauka nie poszła na marne).

Mimo braków w treningach zbliżał się bieg na który zapisałam się dawno temu. To właściwie mój ostatni zapisany bieg w kalendarzu - Skywayrun Military - bieg po pasie startowym wojskowego lotniska. Nie da się tam tak po prostu wejść. Przy bramie wjazdowej dawało się wydrukowaną wcześniej kartę wjazdową weryfikowaną z dowodem osobistym.
W zeszłym roku bieg ten był w nocy i był tylko jeden dystans. W tym roku bieg odbywał się w dzień i były dwa dystanse: 5 km i 10 km. Ja biegłam na 5 km.
Dobrze wiedziałam, że moja kondycja jest bardzo słaba i już wątpiłam czy się zmieszczę w limicie czasowym, ale wielu twierdzi, że organizm tak szybko nie zapomina.

Po dojechaniu na miejsce ruszyłam odebrać pakiet startowy, bo wcześniej nie miałam możliwości by to zrobić. Na miejscu można było sobie popatrzeć na wojskowe lotnictwo:




Pakiet zawierał koszulkę, numer startowy, ulotkę i odbierało się zwrotny chip do pomiaru czasu.



Zimno było potwornie, jakoś nie wpadło mi do głowy by się cieplej ubrać, bo przecież lotnisko jest na otwartej przestrzeni, a mieście jest cieplej. Po zostawieniu ciepłych ubrań w depozycie postanowiłam trochę się rozgrzać, bo wiało zimnem, jak wyjeżdżaliśmy z Warszawy to padał deszcz, a na miejscu biegu tuż przed startem wyszło słońce.
Po wejściu do strefy startu rozpoczęła się grupowa rozgrzewka, a krótko po niej nastąpił start - to chyba pierwszy bieg, który rozpoczął się punktualnie! ;)
Co do samego biegu myślałam, aby mieć w ślimaczym tempie 7:00, chodziło mi tylko o to, aby dopiec. Po wystartowaniu pierwszy kilometr zamknął się w szybszym czasie, ale wiadomo, że jak wszyscy ruszają to jakoś biegnie się z wszystkimi, co później może skutkować szybkim zasapaniem się i milionem kolek. Już przed pierwszym kilometrem zorientowałam się, że para obok mnie biegnie takim... pasującym mi tempem, więc postanowiłam pobiec równo z nimi, choć na początku czułam, że mogę szybciej to nie chciałam przyspieszać, wolałam pobiec chociaż jeden bieg równo i spokojnie. I faktycznie bieli równo, bo kilometry zamykały się w 6:50, poza ostatnim. Przez pierwsze prawie 3 km wiało zimnem, później przestało, zrobiło mi się ciepło i cieszyłam się, że nie ubrałam się grubiej. ;)
Ale, aby nie było zbyt optymistycznie, to złapała mnie jedna mała kolka a potem duża, jednak skupiłam się na oddechu i przeszło. Nie zeszłam ani razu do marszu, choć gdzieś tam pod koniec miałam ochotę, ale, kurczę, mogę i jest w moich możliwościach dobiegnięcie do końca. Już pod koniec gdy widziałam, że ktoś schodził do marszu to mówiłam im, że już końcówka i nie można się już zatrzymywać. ;)

Na mecie dostałam fajny medal i... 1,5l butelkę wody. :D





Dystans wyszedł mi 5,3 km, a jak odliczyć od tego te 300 metrów, to sama piątka wyszła mi w nieco ponad 33 minuty, więc całkiem dobrze jak na to, że ostatnio nie biegam.
Nie schodząc nawet na sekundę do marszu pokazałam sobie, że mogę i potrafię.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz