.

.
Fot. FotoMaraton.pl

wtorek, 24 października 2017

Bieg Kobiet Zawsze Pier(w)si (22-10-2017)

22 października, dzień po biegu na Lotnisku Wojskowym, wzięłam udział w Biegu Kobiet Anita Zawsze Pier(w)si.
Bieg miał zwrócić uwagę na profilaktykę antynowotworową i zdrowie kobiet, poczuć solidarność i siłę kobiet, a także wspierać się we wspólnej motywacji.

Ze względu na to, że dzień wcześniej biegłam w innym biegu nie miałam możliwości odbioru pakietu na ten bieg. Odebrałam go w dniu startu, ale... tak strasznie nie chciało mi się wstać. Nos zatkany, samopoczucie nie współpracujące, jednak zapłaciłam, to pomyślałam, że chociaż pakiet odbiorę. Ubrałam się jak na bieg (na wierzch koszulkę teamową), w plecak schowałam buff i później żałowałam, że rękawiczek nie wzięłam. Dotarłam odpowiednio wcześnie na miejsce startu i bez problemu odebrałam pakiet. Nawet do niego nie zajrzałam (później znalazłam tam żel do mycia twarzy i lakier do paznokci, jakieś ulotki i wafle ryżowe). Spotkałam znajomych, Agnieszkę i Michała, Michał miał rowerową obstawę trasy, Agnieszka została ambasadorską sponsora biegu - biustonoszy sportowych - Anita. Michał parę razy proponował abym poszła posiedzieć w aucie, to mi chociaż nie będzie tak wiało, w końcu tak też zrobiłam, tam też wplotłam chipa w sznurówki buta. Na około godzinę przed startem wypełzłam z auta, bo uznałam, że to dobry czas aby ogarnąć się z szatnią, depozytem i kolejką do tojtoja,
W szatni ściągnęłam dres i jak się podnosiłam to coś mi strzeliło w plecach. Już mi się całkiem odechciało biec. Ani się wyprostować ani schylić... Wcześniej planowałam zmienić koszulkę, ale jak mi coś strzeliło w plecach to już nie chciałam ingerować w dalsze przebieranie się. Rozważałam podejście od ratownika medycznego czy nie ma jakiejś maści rozgrzewającej, ale w końcu się rozmyśliłam z tego pomysłu.

Miejsce startu/mety to Park Szczęśliwicki w Warszawie. Znam już ten park z biegu sztafetowego.
Było mnóstwo kobiet, wystartowało ponad 1200!
Było też bardzo zimno, tzn. wiało zimnem, więc domyśliłam się, że moje przeziębienie się raczej bardziej rozłoży a nie schowa. :P
Rozgrzewka sympatyczna, bo na pierwszy ogień jakiś taniec, oczywiście moja koordynacja ruchowa nie nadążyła, ale potem była jeszcze rozgrzewka właściwa. Po rozgrzewce przejście na start i zanim ruszył bieg ja zdążyłam się już schłodzić i trząść z zimna. Nawet o tych bolących plecach zapomniałam.

Bieg rozpoczął się punktualnie o 12. Zanim ja przekroczyłam linię startu to też chwilkę minęło.


Fot. Fotopussle Team - Robert Sawicki
Fot. Fotopussle Team - Robert Sawicki
Fot. Fotopussle Team - Robert Sawicki

Na powyższych zdjęciach widać jak było mi zimno i jak byłam skupiona na biegu. ;) Widać też ilość kobiet na wąskich alejkach parku. Leżały też liście, było mokro, a więc ślisko, ale chyba największym niebezpieczeństwem była ta ilość biegnących i nie zaznajomiona z kulturą biegania. Nie mam nic przeciwko temu, że ktoś biegnie wolniej czy też idzie, ale dobrze by było gdyby robił to jedną stroną drogi, a drugą pozostawiał wolną dla szybszych. Pierwszy kilometr wyszedł mi powyżej 7min/km właśnie dlatego, że z trudem mijało mi się inne osoby, które szły środkiem, grupowo całą szerokością, jedni z prawej, drudzy z lewej...
Bieg miał ok. 5 km, były to 2 pętle. Gdy miałam zaczynać swoją drugą pętlę słyszałam "lewa wolna" i się domyśliłam, że któraś wbiega na metę, niestety było najpierw wąsko, potem "lewa wolna" skrzyżowała się z prawą stroną (było odbicie na metę) na której byli biegnący i ta co wygrała wcześniej wpadła na dwie osoby przede mną.
Później widziałam jeszcze 2 kobiety, które biegły szybko i krzyczały "lewa wolna", a ja zastanawiałam się co one tu robią, w końcu się połapały, że pobiegły jedno kółko więcej, bo droga na metę była gdzie indziej niż myślały, że jest.
W parku była na trasie górka, przy biegu sztafetowym zwykle pod nią podchodziłam, tym razem bez problemu wbiegłam na nią, zarówno na pierwszym jak i drugim okrążeniu. :D Taki mały postęp a cieszy. :D

W końcu i ja dotarłam do mety, zaraz za metą utworzył się korek, dostałam medal, później wodę i przyszło mi stanąć w kolejce do depozytu. Podczas biegu nie było mi jakoś bardzo ciepło czy też gorąco, był mi tak w sam raz, stojąc w kolejce znów się zaczęłam wychładzać. Po odebraniu rzeczy wpadłam na pomysł by przebrać spodnie i wtedy też moje plecy trochę o sobie przypomniały. Wróciłam komunikacją miejską ze znajomymi, ale plecy to zaczęły mnie boleć w momencie gdy wstałam z siedzenia w autobusie.

Fot. Biegniesz.pl


Czas netto to 00:32:27 myślę, że jest dobrze jak na bieganie w przeziębieniu, pod górkę i z problematycznymi plecami. Adrenalina na biegu musiała zadziałać na plecy.
Teraz po herbatkach z imbirem, które mocno wygrzewają i miksturze z mleka, masła, miodu i czosnku wracam do zdrowia. Plecy smarowane maścią też już się mają lepiej. Przymusowa regeneracja. ;)

niedziela, 22 października 2017

SKYWAYRUN Military III (21-10-2017)

Fot. Tomasz Kłosek
W sobotę 21. października wzięłam udział w Biegu SkyWayRun po pasie startowym wojskowego lotniska w Janowie (Mińsk Mazowiecki). Do wyboru 2 dystanse, najpierw 5km później 10km. Lotnisko było też w gotowości bojowej, więc gdyby coś to bieg mógłby zostać przerwany.

Jakoś pogoda deszczowa nie zachęca mnie do biegania, ale rano gdy się obudziłam to... obudziłam się mocno przeziębiona. Oczywiście nie nagle spadło na mnie przeziębienie tylko przypomniałam sobie pierwsze objawy parę dni wcześniej. Herbata z imbirem, jakiś apteczny proszek plus tabletki by katar na czas biegu zapomniał o tym, że jest. ;) Przeszła mi przez myśl rezygnacja z biegu, ale taki fajny medal... 

Na bieg pojechałam z Natalią i Tomkiem, Natalia także biegła 5km, a Tomek był fotografem.
Pakiet startowy zawierał tylko koszulkę i numer startowy - ale numer pierwsza klasa - super! 




Przed startem z Natalią /Fot. Tomasz Kłosek

10 minut przed biegiem była grupowa rozgrzewka, podczas której zaczął mi doskwierać głód. :D Często tak mam przed biegiem, że nagle robię się głodna i  mi w brzuchu burczy. :D


Rozgrzewka i... czas start. Nie nastawiałam się na żaden czas, byle dobiec. Z przeziębieniem biega się różnie, wielu często przez to ma wymówki na słabszy czas, więc od siebie nie wymagałam niczego. Trasa była inna niż przy poprzedniej edycji. Zaczęłam z Natalią. Zerknęłam na zegarek i wystraszyłam się, że za szybko biegnę, a to jeszcze nawet nie pół kilometra było. Chyba trochę zwolniłam i pobiegłam dalej tym tempem. Od pierwszego kilometra miałam kolkę. Raz słabszą, raz silniejszą, ale starałam się skupić na oddychaniu i nie zatrzymywać. Po pierwszej nawrotce podpięłam się z biegiem pod takie 2 panie, biegły równo, więc i ja miałam motywację by się nie zatrzymywać (najgorzej to się zatrzymać, bo potem to już marszobieg i się poddaję z biegiem), niestety moje towarzyszki biegu nie mogły utrzymać tempa, które sobie narzuciły (ok. 6:15min/km) i najpierw do marszu zeszła jedna, a później druga. Źle mi się biegnie samotnie, ale dopiero po drugiej nawrotce zmotywowałam inną panią do biegu i odwecie ona mnie, bo w końcu się zatrzymałam (kolka już wysoko ściskała). Szłam przez kilka sekund, jakbym nie szła tylko dalej biegła to może byłaby życiówka... Widziałam też, że było lekko pod górkę, widziałam to przed sobą, ale w ogóle tego nie czułam jak biegłam, więc jest jakiś progres, że już tych pagórków tak nie odczuwam. ;)


Fot. Tomasz Kłosek

Fot. Tomasz Kłosek

W końcu zbliżała się meta, więc adrenalina zaczęła działać, czułam za sobą czyiś oddech, ale nie chciałam dać się wyprzedzić, więc pognałam do mety, chyba nie oddychając, bo jak tylko przekroczyłam linię startu pauzując zegarek musiałam oprzeć się o barierkę...

Fot. Tomasz Kłosek

Na mecie dostałam medal i wodę. Niedługo później na metę przybiegła Natalia. Spojrzałam na swój czas i tak zaczęłam się zastanawiać nad swoją życiówką. 2 lata temu na tym samym biegu ją zrobiłam i później jakoś nie szło mi bieganie nawet w okolicy tego czasu. Zegarek wskazał mi czas dokładnie taki sam jak na tym biegu 2 lata temu... 1 sekunda szybciej... Pomyślałam, że jeszcze nadzieja w oficjalnych wynikach, a te miały pojawić się dopiero kolejnego dnia.


Po fotce na podium z pięknym tłem wojskowego samolotu poszliśmy do samochodu.

Fot. Tomasz Kłosek

Od lewej ja, Mariusz (który biegł na 10km) i Natalia //Fot. Tomasz Kłosek


Nadeszła niedziela i sprawdzanie strony organizatora czy są już wyniki... po paru godzinach zamiast wyników pojawiła się informacja, że zepsuł im się pomiar czasu i zdołali go naprawić dopiero przed biegiem na 10km... A w ramach pocieszenia organizator daje 15zł zniżki na kolejny bieg...  Hahaha.
Później ten post został usunięty i zamiast niego pojawiła się informacja, że jednak są wyniki też i na 5km. Przewinęłam na swoje nazwisko i tak... Jakiego to trzeba mieć pecha by mieć dokładnie taki sam czas na tym samym biegu 2 lata wcześniej. Sekunda szybciej i byłaby życiówka. (Organizator w regulaminie podawał informację, że długość trasy to +/- 200m). Ja nie dzielę swoich biegów na atestowane i nieatestowane, jakbym zrobiła życiówkę na treningu to też by dla mnie była oficjalną życiówką. ;)


piątek, 20 października 2017

Przepędzić Raka 14-10-2017

14 października wzięłam udział w kameralnym biegu "Przepędzić raka". Limit osób to tylko 100, limit ogólny czasu to 60 minut, nie było indywidualnego pomiaru czasu, choć najlepsi byli mierzeni stoperem. Zapisałam się na ten bieg, bo jego tytuł wbił mi się w pamięć. Zachęciłam też kilku znajomych do wzięcia udziału, bo pakiet był dość tani w porównaniu do cen bardziej popularnych biegów. 
Pakiet startowy tez nie był taki pusty, bo zawierał koszulkę i kilka gadżetów.




Pogoda w prognozach zapowiadała się tak, że miało być+16 stopni i słońce. Całe szczęście, że ubrałam się tak jak się ubrałam, bo bym chyba zamarzła. :D

Nie było ścigania się, biegacze nie rozpychali się łokciami przepychając się do przodu. Było kulturalnie. 2 pętle po Polach Mokotowskich. Wyszło mniej niż 5 km. Biegłam ze znajomą - Anią, w towarzystwie zawsze raźniej i przyjemniej.
Ania i ja ;) /Fot. Katarzyna Rozbicka


Fot. Zabiegane Dni

Fot. Zabiegane Dni

Meta! /Fot  Live RaFit


Na mecie dostaliśmy medal, wodę, jabłko i drożdżówkę. :D Super bieg, miał bardzo pozytywną atmosferę.


wtorek, 10 października 2017

RunBertów - obsługa trasy (8.10.2017)

8. października wzięłam udział w RunBertów, choć nie jako biegacz. ;)

RunBertów to atestowane 5km w dzielnicy Rembertów w Warszawie (kolega, który się zapisywał za moją namową dopytywał czy to na pewno pierwsza strefa biletowa ;)), więc bieg na "własnym podwórku".
Team do którego należę pomagał w organizacji. Większość drużyny wystartowała w biegu, ja postanowiłam pomóc w kwestii organizacyjnej i szybko znalazło się dla mnie zajęcie przy obsłudze trasy. Grzegorzowi (BiegnijZwierzu), który jest też trenerem Rembertów Team, brakowało koordynatora wolontariuszy przy obsłudze trasy.
Sobotnie popołudnie wspólnie spędziliśmy w biurze zawodów przy przygotowaniu pakietów startowych.
W niedzielę parę osób z Teamu pomagało od rana przy rozstawianiu wszystkiego na starcie/mecie, ja miałam być o 10:00, a bieg startował o 12:15.

Odnośnie swojego zadania z wolontariuszami to dostałam instrukcję i Grzesiek podsyłał mi materiały pomocnicze, żebym wiedziała co i jak. Miało się do mnie zgłosić ok. 30 osób o 10:30.
Wiadomo, lekki stres był, nigdy czegoś takiego nie robiłam.
O 10:20 miałam na liście wpisanych 6 osób, harcerzy. Punktów na mapce 22... :D
Musiałam przyporządkować wolontariuszy do punktów przy zabezpieczeniu trasy.
Przyszedł też inny kolega z Teamu do pomocy - Bartek, więc go przejęłam, by mi pomógł. Organizator biegu zadzwonił do osoby, która miała przyprowadzić ok. 20 osób, okazało się, że stoją przed wejściem na salę, ponieważ pani jest nauczycielką i sprawdzała kto przyszedł, by wiedzieć komu później postawić dobrą ocenę. ;) W końcu o planowanej godzinie młodzież zaczęła mi się wpisywać na liście. Rozdałam im mapki aby zerknęli i powiedzieli, który punkt przejmują. Przypisanie punktów poszło nam całkiem sprawnie, choć przy ostatnich osobach potrzebowałam konsultacji. Młodzież ogarnięta. Bartek rozdał identyfikatory (nie wystarczyło tych z napisem "wolontariusz" więc pozostali dostali z napisem "organizator"), rozdał im też kamizelki, które później mieli zwrócić, a także kilku osobom wskazał drogę do właściwego punktu*.  Ja o 11, miałam się już trzymać Grzegorza, ale docierali spóźnialscy, więc jeszcze ich kierowałam na punkty, jedna osoba została na miejscu, bo w biurze zawodów potrzebowali kogoś kto by pilnował miejsca do robienia herbaty (dostęp tylko dla wolontariuszy i organizatorów)

W końcu zgarnęłam listę z wpisanymi wolontariuszami, mapkę i ruszyłam do Grześka. Miałam jeszcze chwilę, zanim ruszyłam z nim na trasę. o 11:30 startowały dzieci, więc wtedy opuściłam miejsce startu.
W ogóle, warto wspomnieć, że lało, więc postanowiłam założyć kalosze i choć co niektórzy mieli z nich ubaw, to było to najlepszą decyzją ubiorową tego dnia. Na trasie kałuże, więc szybko miałabym przemoczone buty i byłoby mi zimno w stopy, w tak... Kalosze to świetna rzecz. ;)

Wracając do trasy... Musieliśmy przejechać trasą aby sprawdzić czy jest zabezpieczona i czy są wolontariusze. Dostałam robocze rękawiczki (całe szczęście, bo ręce by mi chyba zamarzły), bo w niektórych miejscach sami musieliśmy przeciągnąć taśmy. Napotkaliśmy też kierowcę, którego już nie powinno być na trasie, a który twierdził, że ktoś zerwał taśmę i on wyjechał z zamkniętego osiedla i jak on ma teraz wyjechać... "Ktoś zerwał taśmy"... :D
Sprawdzenie trasy poszło nam sprawnie, nigdzie nie musiałam zostawać na trasie.  Wolontariusze dostali też ostatnie wskazówki co robić z upierdliwymi kierowcami, do kogo dzwonić gdyby coś się działo.
Na biegaczy czekaliśmy przed 1. kilometrem, ja stanęłam na wyspie rozdzielającej jezdnie aby nikt przez przejście nie przechodził.
Bieg ruszył z minutowym opóźnieniem. Kibicowałam do ostatniego biegacza, na rondzie było zamieszanie u kierowców. I w końcu też ruszyliśmy za biegaczami przy sprzątnąć taśmy, barierki i odesłać wolontariuszy do biura zawodów dziękując im za poświęcony czas. Poszło sprawnie. Gdy dojechaliśmy na metę trwała dekoracja zwycięzców - najpierw w kategorii dzieci. Zaniosłam swoją kamizelkę i podeszłam do znajomych. Były życiówki, a Rembertów Team zajął 2 miejsce w klasyfikacji drużynowej. Fajnie. :)


Fot. Tomasz Kłosek

Poszło mi chyba w porządku jak na mój debiut przy obsłudze trasy. Ciekawie było zobaczyć jak ta część wygląda od strony organizacyjnej. :) Grzesiek śmiał się, że za rok wszystko robię sama a on startuje w biegu. :D Dobry żart. :D

Fot. Tomasz Kłosek

*A po biegu przypadkiem okazało się, że...
Gdy zgłosiła się do mnie młodzież ze szkoły byłam przekonana, że są z którejś szkoły w dzielnicy, że miejscowi. Większość gdy wybrała punkt, gdzie chcą być to poszła, ale kilka dziewczyn dopytywało o lokalizację, bo one znają trasę tylko do szkoły i z powrotem... przeszła mi przez głowę myśl, by zapytać do której szkoły chodzą, ale cieszę się, że tego nie zrobiłam, bo zaoszczędziłam sobie stresu. Ci, którzy nie dopytywali o trasę po wyjściu z budynku odpalali mapy w telefonach, by trafić na właściwe miejsce... Okazało się, że to młodzież nie z szkoły w Rembertowie, a gdzieś w okolicach stadionu Legii... :D Pod szkołą spotkali się z nauczycielką i razem przyjechali na bieg. :D 
Najważniejsze, że sobie poradzili, zdolni są, dali radę. :D

niedziela, 24 września 2017

Bieg na Piątkę z Fundacją Rak'n Roll (2017)

24 września wzięłam udział w Biegu na 5 km, był to bieg towarzyszący przy Maratonie Warszawskim.
Nie był to też dla mnie zwykły bieg za którym po prostu zapłaciłam. Przy rejestracji wybrałam ścieżkę charytatywną, więc utworzyła mi się strona, na której ludzie mogli wpłacać pieniądze na wybraną przeze mnie Fundację, aby dostać pakiet to przy biegu na 5km musiałam uzbierać 200zł.
Wybrałam Fundację Rak'n Roll. Jest to fundacja w jakiś sposób bliska mojemu sercu, bo dawno temu gdy znalazłam guzka w piersi i wzięłam się za szukanie informacji w internecie trafiłam właśnie na stronę tej fundacji i zapadła mi głęboko w pamięć. Cieszę się, że mogłam pobiec właśnie dla nich i przede wszystkim, że uzbierałam 340zł ze swojej zbiórki, zawsze to parę złotych więcej.

W biurze zawodów odebrałam swój numer startowy wraz z bawełnianą koszulką, w przy stoisku fundacji dostałam dyplom z podziękowaniami, buff, muffinkę, wodę i jabłko, podpisałam się też na tablicy na której znajdowała się miniaturka mojego zdjęcia ze strony zbiórkowej. Kupiłam też koszulkę od Fundacji, niestety nie miałam przy sobie gotówki, nie dało się płacić kartką, ale dostałam kredyt zaufania, by przelać pieniądze na konto i tak też zrobiłam od razu po powrocie do domu.


W dniu startu lało. Coś bardzo deszczowy i zimny wrzesień w tym roku. Po dotarciu na miejsce startu wraz z dziewczyną poznaną w pociągu, z trudem udałyśmy się do szatni i depozytu. Dlaczego z trudem? Bo było zimno, trzeba było się przebrać i w końcu zostawić rzeczy z mobilnym depozycie. Depozyty nadzorowała firma kurierska DPD, więc były w busach kurierskich. Maraton startował gdzie indziej, więc później na metę dojechały depozyty maratończyków.

Po zostawieniu rzeczy poszłyśmy w okolice startu. Trwała rozgrzewka, więc się do niej dołączyłam, nowo poznana koleżanka chciała ze mną pobiec, bo nie czuła się na siłach po biegu z przeszkodami dzień wcześniej, ale trochę ją zachęciłam, by jednak spróbowała pobiec na czas na który chce pobiec, w końcu jakby co to najwyżej ją zgarnę po drodze. ;) Ostatecznie poszła do przodu, jak jej się pobiegło - nie wiem, ale na pewno jej nie mijałam. ;)
Stanęłam w swojej strefie czasowej, w końcu bieg ruszył i przekroczyłam linię startu. Moim planem było pobiec na luzie, bez żadnej spiny, zerkania na zegarek. Dobrze mi się biegło, bez kolki, na spokojnie.
W słusznej sprawie biegnie się lepiej! :)
 
Fot. Tomasz Kłosek
 Przed metą troszkę bardziej przyspieszyłam, więc jak wpadłam na metę i zerknęłam na zegarek to byłam lekko zdziwiona, bo wydawało mi się, że biegłam dość wolno, skoro nawet kolki nie miałam.

Na mecie spotkałam kogoś z Fundacji dla której biegłam, więc zostałam uściskana, zdjęcie na pamiątkę, a dodatkowo dostałam drewniany medal - super!
Fot. Fundacja Rak'n Roll
Ok, biegło mi się tak dobrze i bez spiny, że na trasie biegu nie zauważyłam/ nie odczułam aż dwóch podbiegów! O tym, że były - przeczytałam w relacji z biegu u znajomej. Duże zdziwienie miałam, więc się później pytałam gdzie te podbiegi były - ja zawsze nawet najdrobniejsze wzniesienia terenu od razu odczuwałam, a tu nic! Zerknęłam też na zapis trasy z zegarka i faktycznie widać te podbiegi... 
Czas moich 5km - 31:27, więc ładne średnie tempo 6:11 min/km. :)

Medale dwa. :)
To był dla mnie dobry dzień na bieg. :)

sobota, 16 września 2017

Sztafeta Charytatywna PKO 2017

16 września wzięłam udział w Sztafecie Charytatywnej PKO.
Pięcioosobowa drużyna ma 60 minut na pokonanie jak największej ilości okrążeń stadionu (400m). Impreza odbywała się w kilkunastu miastach w Polsce o tej samej godzinie, więc także miasta między sobą rywalizowały. Limit drużyn to 70.
A każde okrążenie to posiłek dla dzieci.
To już kolejna edycja w której miałam okazję wziąć udział. Osoba, która miała zapisywać drużynę, nie miała dostępności czasowej wtedy, kiedy zapisy ruszały, więc wzięłam na siebie zapisanie drużyny Rembertów Team.
Zdążyłam zapisać i opłacić, choć płatność przechodziła dłuższy czas. Okazało się, że limit miejsc na Warszawę wyczerpał się po 5 - 10 minutach... Kolejność drużyn według opłacenia, więc mieliśmy nadany 32 numer. Pakiet zawierał koszulkę, agrafki, numer, wodę i chyba bakalie.
Było chłodno, więc pod koszulką z krótkim rękawem miałam z długim, ale po rozgrzewce szybko tą bluzkę ściągnęłam. Dobrze, że nie padało, bo mokry tartan nie jest fajny.
Strategia była taka, że zmieniamy się co okrążenie, wystartowaliśmy w kolejności w której byliśmy zapisani, więc przypadło mi rozpoczęcie.

Fot. Magda Młodożeniec

Łatwo się mówi, by nie lecieć w trupa, by zacząć spokojnie. Stanęłam na końcu tej grupki ludzi, aby nie przeszkadzać szybszym. Ludzie zaczęli odliczać do startu, odliczali szybciej niż zegar. :D W końcu nastąpił start i poszli...

Fot. PKO Bieg Charytatywny

400m to i mało i dużo. Dużo, gdy leci się na maksa. Wydawało mi się, że biegnę wolno, z pewnością biegłam wolniej w porównaniu do tych najszybszych, ale już na pierwszym moim okrążeniu wiedziałam, że coś jest nie tak. Po okrążeniu przekazałam pałeczkę kolejnej osobie... Nim się obejrzałam i złapałam oddech znów przyszła moja kolej, przejęłam pałeczkę i pobiegłam, w drugiej połowie okrążenia zrobiło mi się słabo, więc chyba zwolniłam, bo już miałam wizję przed oczami jak mdleję, jakoś dobiegłam do strefy zmian i powiedziałam, że nie dam rady więcej biec.

Fot. Magda Młodożeniec - więcej zdjęć tutaj.

Chciałam odpuścić swoją kolejną rundę, ale ktoś się oburzył, więc poszłam, jednak biegłam już dużo wolniej, bo wtedy też zerkałam na zegarek. Przy kolejnych zmianach w połowie okrążenia musiałam zejść do marszu, aby nie zejść na tartanie/ W końcu kolega zarządził, że z drugim kolegą biegają po dwa okrążenia, a ja po prostu przejmę pałeczkę pod sam koniec, tak aby zakończyć sztafetę. I tak też się stało, choć chyba pobiegłam w międzyczasie jeszcze jakieś okrążenie. Po zakończeniu rywalizacji i gdy sędziowie spisali dystans ostatnich osób, które wraz z gwizdkiem kończącym musiały się zatrzymać, było okrążenie wspólne wszystkich drużyn i wtedy też dostaliśmy medale. Ostatecznie zajęliśmy 31 miejsce na 67 drużyn, więc dobrze było. :)


Na powyższym zdjęciu widać co mi się stało na pierwszym okrążeniu. Maksymalne tempo.
Nigdy nie pomyślałam, że mogę takie osiągnąć. :D Pobiegłam pierwsze okrążenie na maksa, więc to co się działo później z moim organizmem było jego naturalną reakcją.

niedziela, 10 września 2017

Królewski Festiwal Biegowy 2017


Dzień po Biegu Wisły, wystartowałam w Biegu Wilanowa - 10. września.
Do wyboru było 5km albo 10km. Oczywiście wybrałam 5km.
Zapisałam się na bieg spontanicznie, a był też zachęcający pakiet startowy za nieduże pieniądze.


Rano chłodno, ale nauczona doświadczeniem dnia poprzedniego założyłam koszulkę bez rękawków. I bardzo dobrze zrobiłam.
Trasa po asfalcie. Po rozgrzewce ustawiłam się na starcie, spotkałam też Natalię, która biegła z dzieckiem w wózku. Razem z nią ustawiłam się na końcu. Po swojej dyszce dnia wcześniejszego nie nastawiałam się na nic, miało być lajtowo, jak pójdzie tak pójdzie. Zaczęłam z Natalią, ale ostatecznie pobiegłam odrobinę szybciej. Planowałam się pod kogoś podczepić kto biegł równym tempem, ale co kogoś dogoniłam, to biegłam dalej sama. Widziałam przed sobą dziewczynę, która trochę biegła trochę szła, więc na ok. 900m przed metą chciałam ją zmotywować, by pobiegła już do końca, bo niewiele zostało, no i pobiegła. Biegła ciut szybciej niż ja, a mnie kolka już łapała, więc ostatecznie zeszłam do marszu, a wtedy ta dziewczyna odwróciła się i powiedziała, że teraz to już mi nie odpuści, więc nie miałam wyboru. :D
Finisz też zaliczyłam mocny, bo na 100m przed metą? Pewnie mniej, i któryś biegacz i dziewczyna obok mówią, że już ostatnie metry, że finisz, no i adrenalina zadziałała, więc i finisz był mocny. Na mecie zainteresował się mną ratownik medyczny, abym nie stała w miejscu, tylko się przemieszczała, bo coś tam mi się zrobi (nie zapamiętałam nazw ;))

Od lewej: Agnieszka, Natalia i ja /Fot. RunNessy


Trasa łatwa, dobry pakiet startowy i świetny medal na mecie. Czas 34:28.


sobota, 9 września 2017

Bieg Wisły 2017

Kolejny wrześniowy biegowy weekend.

9 września - Bieg Wisły.

Darmowy bieg, w tym roku z indywidualnym pomiarem czasu, więc też i z wydłużoną trasą... Wszystko fajnie, tyle, że to 10km, a mnie się już od dłuższego czasu nie chciało biegać więcej niż 5km. Dlaczego się zapisałam? Nie mam pojęcia, może dlatego, że znajomi się pozapisywali to ja też.
To nie był mój dzień do biegania.
Nie szło mi od początku i to potwornie mi nie szło. :D
A to 10km i jeszcze meta w innym miejscu niż start, bo bieg wzdłuż Wisły. Jak depozyt ze startu pojechał już na metę to trzeba było drałować do tej mety jakoś.
W moich mękach biegowych towarzyszyła mi Ania, myślę, że gdyby nie ona, to już na początku zeszłabym do marszu, a tak chociaż troszkę pobiegłam. Parę razy proponowałam jej aby pobiegła w swoim tempie, ale nie chciała, no ok. :)
Biegłyśmy od słupka do słupka i z przerwą na marsz - każda motywacja dobra. :D Planowałyśmy być ostatnie, ale znaleźli się tacy, którzy bardziej chcieli być na końcu. :D
W trakcie biegu na trasie były dwa punkty nawadniające, ale o tym, że były wiedziałyśmy po zbieranych pustych kubeczkach. Świeciło słońce i zrobiło się dość gorąco. I bardzo chciało mi się pić. W jednym miejscu przy ścieżce na trawie leżał zraszacz z wodą, więc się nachyliłam, trochę wody wpadło na twarz (i okulary)...
Zbliżał się dziesiąty kilometr a mety ani widu ani słychu, to i motywacja mi drastycznie spadła (o ile mogła spaść jeszcze bardziej ;)). Ciągle mijałyśmy się na przemian z tymi samymi ludźmi. Meta była na plaży, więc ostatnie metry pognałam po piachu do mety, coby wyprzedzić jednego pana. Jak wpadłam tak siadłam ze zmęczenia. Na zegarek wstyd mi było patrzeć. 10km z hakiem, ale skoro to dycha, to moja najgorsza czasowa dycha (1h16min). Przeżyłam, dopełzłam do mety, fajny medal dostałam. Nawet pozostali znajomi z Teamu poczekali na nas. :D 


Rembertów Team


niedziela, 3 września 2017

Onkobieg 2017

Dzień po Praskiej Piątce pojechałam na Onkobieg (3 września).

Bieg charytatywny polegający na tym, że jest godzinny limit czasu i trzeba zrobić jak najwięcej okrążeń wokół budynków Centrum Onkologii, jedna pętla miała 1,5km. Można było zrobić jedno okrążenie, albo więcej, kto ile chciał, ile mógł. Zaczynając nowe okrążenie dostawało się frotki. Każde okrążenie do dodatkowe pieniądze.
Brałam udział w tym biegu kilka lat temu, wtedy rejestracja była przed biegiem, tym razem jedna pula zapisów była też online i można było sobie wybrać numer startowy. Pakietu startowego nie mogłam odebrać wcześniej, więc niewyspana pojechałam sporo czasu przed biegiem. Pogoda nie była zbyt zachęcająca, mokro, zimno, a ja zmęczona po wieczornym biegu, ale to bieg charytatywny i wspierający chorych onkologicznie, więc silna motywacja by pojechać. Przed biegiem spotkałam też znajomych.
Było zimno, więc ubrałam długie rajty, miałam koszulkę z krótkim rękawkiem i na to cienką kurteczkę chroniącą przed wiatrem i może trochę przed deszczem, na to założyłam koszulkę bawełnianą, którą dostałam w pakiecie startowym.
Przed biegiem zagrał zespół Pączki w Tłuszczu, później rozgrzewka i start biegu. Pacjenci szpitala machali z okien, więc i my machaliśmy im. Fajnie jest robić coś dla kogoś, okazać mu wsparcie.
Tłum biegaczy ruszył. Przed biegiem kilka razy było powtórzone, że wolniejsi idą/biegną prawą stroną, a lewa wolna dla szybszych, ale jak to jest na biegach, iluś ludzi ma to gdzieś. Jak ruszył ten tłum ludzi, to... błyskawicznie zrobiło mi się gorąco i żałowałam, że mam na sobie tyle warstw i brak krótkich spodenek. :D Pobiegłam sobie lajtowo, zgarnęłam frotkę na ostatnie okrążenie w limicie czasu ale cofnęłam się do mety, byłoby bliżej dyszki, ale 7,8km w 57:58 też jest w porządku.


Fot. Onkobieg


Świetna impreza charytatywna. Polecam. :) 

Praska Piątka 2017

Nie było czasu i nazbierało się zaległości w opisywaniu kolejnych biegów, a póki jeszcze coś z nich pamiętam...


2 września Piątka Praska. Bieg towarzyszący Połówce Praskiej.Tym razem edycja nocna, bo w poprzednich latach zawsze trafiał się okropny upał.
Znajomi biegli półmaraton, mimo, że piątka startowała później to zabrałam się z nimi samochodem.
Rozdzieliliśmy się dość szybko, bo ciężko było auto zaparkować, a kolejki do depozytów też były długie. Półmaraton wystartował. Chciałam stanąć przy barierce, aby wypatrzyć znajomych, ale ze swoim szczęściem wdepnęłam w głęboką kałużę... Było zimno... Spotkałam też kilku znajomych, którzy biegli na 5km. W końcu zbliżała się godzina startu mojego biegu to wypadało ustawić się do swojej strefy czasowej. Czułam się dobrze i jakąś tam nadzieję ze swoim biegiem miałam. Start biegu był opóźniony, bo początek trasy był taki sam jak półmaratonu, więc najpierw tamci musieli całkowicie opuścić trasę. Zimno.
W końcu ruszyło się.
Nie miałam poczucia swojego tempa, na bieżąco mijałam ludzi, zerknęłam na zegarek jak pyknął mi pierwszy kilometr. Byłam w szoku. Ponad 7min/km... Serio? Pierwszy kilometr i z takim tempem wyprzedzam ludzi? I właśnie wtedy machnęłam ręką na swoje nadzieje związane z wynikiem. Ludzie biegli całą szerokością swojego psa, więc wyprzedzanie to też lekki slalom.
W końcu zrobiło mi się też gorąco, a z czasem biegacze się przerzedzili, więc zeszłam w okolice 6:30min/km.
Wpadłam na metę, a tuż za nią mega korek, dobrze, że chociaż linię mety przekroczyłam. Dostałam medal, znajomy wypatrzył i zrobił zdjęcie - swoją drogą niezły ubaw miałam z tego zdjęcia, bo zaciesz porządny :D.


Fot. Tomasz Kłosek

Pozostało mi jeszcze przeciśnięcie się z mety do depozytów. Pierwotnie miałam wracać ze znajomymi autem, ale pomyślałam, że jak się sprężę to zdążę na wcześniejszą SKMkę. Przecisnęłam się przez tłum na plac - parking przy Narodowym i... stanęłam w ogromnej kolejce do depozytu. SKMka odjechała, zresztą nie tylko ta, ale też kolejne. Moja kolejka praktycznie nic a nic się nie zmniejszałam. Byłam rozgrzana po biegu, a wiało zimnem - to połączenie nie wróży niczego dobrego.
Biegacze z mojej kolejki zobaczyli, że półmaratończycy dostają na mecie folie, by nie było im zimno, więc ludzie zaczęli sobie je sami organizować, ktoś wziął więcej i rozdał w kolejce, więc i ja też się załapałam. Nie było już mi tak zimno, gdy się nią obwinęłam, ale nie zmieniało to faktu, że moja kolejka się nie przesuwała do przodu. Tylko moja kolejka szła tak opornie, w ogóle nie szła. Ktoś sobie dał spokój i poszedł do namiotu spróbować odebrać swoje rzeczy, potem wrócił i powiedział, że stanie nie ma sensu, bo depozyt obsługują małe dzieci, które jakby nie wiedziały co się wokół dzieje. Po kilkudziesięciu minutach stania w końcu i ja dałam sobie spokój i poszłam zobaczyć co się dzieje. Faktycznie, przedział numerów w którym ja byłam, obsługiwały dzieci, które wyglądały na bardzo zdezorientowane i wystraszone tym co się dzieje. Ludzie już sami sobie wchodzili i szukali swoich worków. W końcu i ja dostałam swój i szybko się ubrałam w ciuchy i kurtkę. Akurat wtedy dwóch znajomych dobiegło do mety półmaratonu. Rzuciłam im, że idę na pociąg, bo może jeszcze zdążę za 3 minuty, to usłyszałam oburzonym tonem, że oni nie mają numeru telefonu do osoby u której w aucie zostawili rzeczy... SKM pojechała, kolejna za 30 minut, więc pozostali zaczęli dobiegać do mety. W domu byłam o północy.




Ostatecznie 5km przebiegłam w 33:26, więc znowu nie tak tragicznie, ale mogło być lepiej tylko się nie dało. Z depozytem z pewnością nie wyszło organizatorom, zarówno przy Piątce jak i przy Półmaratonie (znajomy też stał kilkadziesiąt minut w swojej kolejce). Podobno organizatorzy skupili się na biegu głównym, a 5km było byle było, ale półmaraton też (z tego co znajomi mówili) idealny nie był.
Medal ładny.


piątek, 18 sierpnia 2017

Zielona Góra 8-16.08.2017

Wpis dość osobisty, ale też podsumowujący parę dni w rodzinnym mieście - w Zielonej Górze.
Na połowę sierpnia planowałam wyjazd na kilka dni do rodziców, jednak z dnia na dzień zmieniałam datę wyjazdu na wcześniejszą o kilka dni...

Gdy ustalałam datę wyjazdu (12 sierpnia) bardzo zależało mi na spotkaniu z kimś z rodziny, ale od momentu ustawienia daty towarzyszyło mi bardzo silne uczucie, że nie zdążę się z tym kimś zobaczyć. Tym Kimś była moja ciocia, kiedyś na stronę FB i swój prywatny profil wrzucałam link do wpłacenia pieniędzy na jej leczenie. Była chora na raka trzustki, ale dzięki swojemu leczeniu całkiem dobrze funkcjonowała i całkiem dobrze się czuła. Pamiętam jak się z nią widziałam w maju.
Przeczucie, które mi towarzyszyło ustąpiło wraz z telefonem, który dostałam w piątek 4 sierpnia...
Wieczorem obserwowałam piękny zachód słońca...  

"Maybe there's a God above.
But all I've ever learned from love.
It's not a cry you can hear at night.
It's not somebody who has seen the light.
It's a cold and it's a broken Hallelujah"
/Leonard Cohen/
Do rodzinnego miasta przyjechałam w nocy z 7 na 8 sierpnia, ponieważ na 8 sierpnia zaplanowany był pogrzeb, a bardzo zależało mi aby na nim być.


Na wyjazd spakowałam buty do biegania, bo wiadomo, że właśnie bieganie najlepiej wietrzy głowę i spadają emocje.
Choć buty wyciągnęłam parę dni później, to wcześniej można rzec, że morsowałam w sierpniu, bo w przydomowym zbiorniku wodnym woda była zimna jak z kranu - słońce zasłaniał dom obok, więc woda się nie miała jak nagrzewać. Wiadomo, kąpiele w zimnej wodzie też dobrze wpływają na głowę. :)


W końcu wyciągnęłam buty do biegania i ruszyłam pobiegać. Wychodząc z domu chmury przykryły słońce i jakoś zbytnio upału nie było czuć... Moja trasa w jedną stronę była praktycznie z górki. Zresztą gdzie bym nie pobiegła to z powrotem zawsze będę miała pod górkę.
Z górki biegło mi się sympatycznie, jak mi przyszło do powrotu to nagle zorientowałam się, że niebo błękitne, a słońce solidnie smaży.


Nie da się ukryć, że powrót pod górkę był słaby, ale jakoś dopełzłam do domu. Głowa mimo upału była już lżejsza od emocji z ostatnich dni.

Ogólnie to też trochę pomagałam przy pracach ogródkowych, a później chłodziłam się w zimnej wodzie. :D


W deszczu po burzy zachód słońca...

Pyszna beza z bitą śmietaną i owocami - mama robiła. ;)


W końcu zaplanowałam sobie konkretniejsze bieganie, trasę na mapie kilka razu sprawdzałam, aby utrwalić sobie nazwy ulic. Nie wiedziałam też jak będzie mi się biegło, więc w razie czego w planach trasy powrotnej był przystanek autobusowy. Różnie to bywa. Do kieszeni spodenek wpadł telefon i 5 zł, by było na bilet. ;) Babcia jak mnie zobaczyła w krótkich spodenkach i koszulce z krótkim rękawkiem to wstrząśnięta rzuciła tekstem, że zamarznę! Wyszłam przed dom, myślę sobie: "ok, trochę chłodno, ostatnio kupiłam w Lidlu bluzę do biegania, to wezmę na wszelki wypadek jak mi się odechce biegu, abym nie zamarzła"... Po pierwszych 200 metrach biegu o mało nie wróciłam do domu, aby koszulkę zmienić na taką bez rękawków. :D Ale, już pobiegłam... Najpierw z górki, potem pod górkę, z górki... Jakoś spoko mi się biegło, całkiem ok. Później było już więcej pod górkę, było duszno, gorąco... Już mi się odechciało biec, a też później szłam nieco niepewnie, bo zwątpiłam czy w dobrym kierunku zmierzam, i tak zamiast pauzować zegarek, załączyć mapę w telefonie to szłam dalej. Ze 2 lata wcześniej tą samą trasą jechałam na rowerze, więc próbowałam sobie przypomnieć jak to dalej było... W końcu ogarnęłam gdzie jestem i dobiegłam do zbiornika wodnego, tylko, że miał on być wcześniej niż mi wskoczył dystans na zegarku...
Przemknęłam dookoła zbiornika wodnego, załączyłam mapę, aby ujrzeć która droga najkrótsza... Zdecydowałam biec wzdłuż głównej drogi (w lesie zrobiona droga spacerowa) i dostać się do przystanku autobusowego. Właśnie tam miało być 8km, a wyszło mi nieco ponad 9km... więc sobie darowałam dalsze człapanie pod górkę. Do domu jeszcze miałabym ze 3 km, i gdyby autobus był za 15 czy 30 minut to poszłabym na piechotę, ale że był za 3 minuty...


Dzień później, wieczorową porą także wybrałam się pobiegać, bo głowa naładowana negatywnymi emocjami nie dałaby mi spokoju. Trochę z górki, trochę płasko, trochę pod górkę i tak w kółko przez 5 km. :D Potem schłodzenie w zimnej wodzie. :)



__________________________________
Jeszcze na koniec dorzucę, że postanowiłam pobiec w akcji "Biegam Dobrze" i zamiast tradycyjnej rejestracji na bieg wybrać ścieżkę charytatywną, czyli zebrać pieniądze dla wybranej fundacji, a przy osiągnięciu odpowiedniej kwoty (200 zł przy biegu na 5km) dostałabym pakiet startowy i dzięki kilku wpłatom (a ostatecznie rodzice sprawili, że pakiet był pewny), udało mi się uzyskać minimum. Zbiórka trwa jeszcze przez jakiś czas, więc dorzucam link, gdyby ktoś chciał jeszcze się dorzucić:



Dziękuję tym, którzy wpłacili pieniądze na moją zbiórkę!