.

.
Fot. FotoMaraton.pl

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Sztafeta 4.Gdańsk Maraton (15-04-2018)

Przygotowanie. 
Na ten bieg zebrałam i zapisałam drużynę dawno temu, bo sięga to chyba końcówki zeszłego roku. Pomysł rzucony przez Wojtka z Rembertów Team by jak najwięcej osób pojechało na bieg, chociaż on sam biegł dystans Maratonu to była opcja Sztafety Maratońskiej. Cały maraton pobiegł też Artur, a ostatecznie drużyn zebrało się aż 3. Drużyna składała się z 4 osób, a dystanse prezentowały się następująco: 16,4km; 8,4km; 10,7km; 6,7km.

U mnie pierwszy dystans pobiegła Ania, później Kasia, Arek i ja na końcu.

Nad morze pojechaliśmy dzień wcześniej, by na spokojnie wszystko ogarnąć i się wyspać. Upiekłam też ciasto marchewkowe i zgarnęłam je ze sobą w podróż. :)
W sobotę odebraliśmy pakiety startowe, posłuchaliśmy Patrycji Bereznowskiej, z którą zrobiliśmy sobie też zdjęcie.
 


Pakiet startowy zawierał bawełnianą koszulkę, pałeczkę sztafetową, buff, krem do twarzy (panowie dostali żel do higieny intymnej), magnes, ulotki, plecak-worek z logiem biegu, a i jeszcze jakieś notesy. I oczywiście numer startowy - 2 sztuki, ponieważ był obowiązek umieszczenia numeru startowego z przodu i z tyłu a także dodatkowo naklejenia naklejki z płcią z przodu numeru startowego.


Pokręciliśmy się po Expo, zjedliśmy obiad na Pasta Party i ruszyliśmy do swojego miejsca noclegowego. Dostaliśmy klucze do pokoju, Ania otwiera drzwi a mnie zatkało na widok krętych schodów. :D "Ale o co chodzi z tymi schodami?" Na wprost łazienka, a na górze - na poddaszu - łóżka. Przy schodach za zasłonką stał bojler.
Schody nie był zbyt stabilne jak i ich balustrada, a po wejściu na górę trzeba było się schylić by nie zaryć w skos sufitu. Schodzenie w środku nocy do toalety jakoś nie wróżyło zbyt dobrze. :D A sam bojler głośno pracował, gdy ktoś brał prysznic. :D


Po zakupach śniadaniowych w Lidlu, przebraliśmy się i poszliśmy na plażę by wykąpać się w morzu. Zeszło nam zbyt długo z dojściem na miejsce i Artur wykąpał się sam. 

Morze!
Selfie z morzem musi być. ;)

Zimno w stópki :D //Fot. Arek Andruczyk

Woda w Bałtyku zimna! :D
Debiutantka Ania w kąpieli w zimnej wodzie. ;) 

Po kąpieli ruszyliśmy do knajpy coś zjeść. I był to sympatycznie spędzony czas. Na rozgrzanie wzięłam sobie grzane wino, które nie było zbyt ciepłe, ale było mocne, przynajmniej na pusty żołądek. :D


Fot. Arek Andruczyk
 Później ruszyliśmy z powrotem do naszej kwatery, tylko Artur spał na jakiejś hali gimnastycznej. Jak przyszliśmy to zasiedliśmy z mapą, by rozpracować plan i godzinę dojazdu na niedzielny bieg.

Dzień biegu i mój bieg. 
Ania z Wojtkiem pojechali wcześniej, a my później, Arek zawiózł Kasię i Anitę na ich strefę zmian, a później zaparkował auto i sami rozeszliśmy się w kierunku swoich stref zmian.

Ubrałam się na krótko, bo uznałam, że zanim wystartuję to już będzie ciepło. W strefach zmian nie było depozytów, ale też do każdej strefy podstawili autobus miejski, by biegacze mogli się w środku ogrzać.

Sztafety wystartowały o 9:15. Swoją drużynę śledziłam na przemian na endomondo i na stronie z wynikami online. Byłam zestresowana, chyba samym czekaniem na swoją zmianę, bo ze 3 godziny tam postałam. Niestety przy biegu Arka, odświeżanie jego lokalizacji odmówiło posługi i nie miałam pojęcia gdzie jest, ile mu zostało, by może chociaż trochę się rozgrzać. Do mojej strefy zmian (na 35km) wpadli pozostali członkowie 2 sztafet RT, a wiedząc, że Arek jest daleko za pozostałymi dwiema osobami z RT usłyszałam, że nie będzie mnie na zdjęciu grupowym, bo i tak nie zdążę dobiec. Fajnie.

Zanim Arek dotarł do strefy zmian dowiedziałam się, że ostatni odcinek jest najgorszy, choć najkrótszy, bo ma podbieg na wiadukt. A ja żyłam w przekonaniu, że to płaska trasa...

W końcu Arek dobiegł, przejęłam pałeczkę i się zaczęła wielka góra problemów. Miałam za niskie własne nawodnienie, bo podejrzewam, że stąd ta silna kolka już na samym początku. O ile rano było zachmurzenie i było zimno, tak w czasie mojego biegu było już pełne słońce. Oprócz tego silny wiatr, wbiegłam na wiadukt, ale już na wiadukcie tak wiało, że mnie znosiło na boki, biegłam jeszcze z kolką, więc w końcu zeszłam do marszu. W jednej ręce trzymałam pałeczkę a drugą ręką trzymałam swoją czapkę z daszkiem. Potem było z górki i... kolejny wiadukt i trochę pod górkę. Później 2 razy skorzystałam z punktu z wodą i dopiero po tej wodzie kolka mi trochę odpuściła. Dogoniła mnie też kobieta z innej sztafety, z którą żartowałam w strefie zmian i ona pociągnęła mnie pod swoje tempo. Chyba gdzieś na ok. 1km przed metą czekała na nią jej drużyna, więc pobiegli razem, a ja zwolniłam, bo zaczęło mi się ciemno przed oczami robić i było mi bardzo niedobrze, na koniec było jeszcze jedno trochę pod górkę i aż bluzgiem pod nosem zarzuciłam. Do hali Expo, gdzie była meta wbiegało się od tyłu, i tuż przed nią miałam ochotę się położyć, bo się źle czułam, ale jakoś się w sobie pozbierałam i pobiegłam do końca. Przebiegłam metę i się w pół zgięłam z braku sił, a jakiś wolontariusz się mnie zaczął pytać o rodzaj sztafety, jak ja nie ogarniałam tego co się wokół mnie dzieje, to weź się skup na tym co ktoś do Ciebie mówi i na odpowiedzi na pytanie... ;)

Po biegu dostałam medal i z mojej drużyny zorganizowali mi wodę w kubeczki i banana. Na strefach zmian dawali butelki z wodą, na mecie już nie. A ogółem ja i tak chwilę dochodziłam do siebie.

To tak podsumowując: nie poległam na trasie, wiatr mnie też ostatecznie nie zdmuchnął z wiaduktu i jakoś dopełzłam do mety. Chyba nadal jestem zła na siebie za swój bieg, a wiem też, że pozostałe osoby z mojej drużyny dały z siebie bardzo dużo na dobre czasy.  Także wielkie brawa należą się Ani, Kasi i Arkowi!





Moja drużyna zaczekała też na mnie na mecie i razem poszliśmy zjeść posiłek, który zapewnił organizator.

Po biegu. 


Najlepsza drużyna:
Od lewej: Arek, Kasia, Ania i ja.

Arek, ja, Ania i Kasia :) 

Później dołączyli do nas Anita i Wojtek i razem pojechaliśmy nad morze.

Fot. Arek Andruczyk


Morze nadal zimne, ale w słońcu kąpiel przyjemna, w sam raz na regenerację mięśni.

Fot. Arek Andruczyk

Po kąpieli zapakowaliśmy się do auta i ruszyliśmy w drogę powrotną do Warszawy.
Fajnie było nad morzem. :)
A moja drużyna w sztafecie maratońskiej w Gdańsku pobiegła na 4h i 31m. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz